Zamiast gazu – gazrurka
Rosja zakręciła kurki z gazem płynącym przez Ukrainę. Do Polski dociera on już tylko przez Białoruś. Rząd w trybie ekspresowym przygotował rozporządzenie, które ma regulować (czyt. ograniczać) dostawy gazu dla polskiego przemysłu. Wygląda to nawet sensacyjnie, bo mamy środek zimy (pechowo akurat mroźnej), początek spowolnienia gospodarczego i towarzyszącej temu wariacji na warszawskiej giełdzie. Niby nie jesteśmy sami, bo gazu wcale już nie otrzymują Czechy, Słowacja, Rumunia i Bułgaria, ale co to za pociecha.
Na szczęście gazu w domu nie używam, ale rozumiem zaniepokojenie znajomych, którzy od gazu są uzależnieni. Nerwowo patrzą w telewizję, bo każda zapowiedź o jakimkolwiek ograniczeniu dostaw tego surowca wywołuje u nich skurcz kieszeni, bo wiedzą, że kiedy maleje podaż, to rosną ceny, pomimo, że nad nimi czuwa państwo. Zadowolenie przejawiają jedynie ci, którzy przeszli na ogrzewanie olejowe, bo cena ropy spadła do poziomu zacnego, udowadniając przy okazji, że w żaden sposób nie jest powiązana z cenami gazu, co sugerowały stada spekulantów i giełdowych hochsztaplerów.
Tymczasem Rosja realizuje swój ulubiony scenariusz walenia niepokornych gazrurką po grzbiecie, co jest taktyką ogólnie znaną i nie zaskakującą. Kraj, który potęgę zbudował na wydobyciu i tranzycie swoich surowców energetycznych, nie ma innej – poza militarną – możliwości realizowania narodowych interesów. Dlatego Rosja w zależności od sytuacji będzie przykręcać i poluzowywać gazowe kurki, wyszukując przy okazji kozła ofiarnego, w tym przypadku Ukrainę. Ta jednak – jak się okazuje – aż taką ofiarą nie była, skoro niedźwiedziowi pod bokiem kradła gaz na potęgę (ca. 20 proc.), co ten musiał z zaciśniętymi zębami znosić od czasu rozpadu „Imperium”. Jak się okazało – do czasu.
Przy okazji gazowej zadymy do głosu w kraju nad Wisłą dochodzą „fachowcy”, którzy w różnych mediach prawią, że gaz trzeba sprowadzać skąd się da, nawet z Afryki, bo najważniejsza jest dywersyfikacja. Niby prawda, ale co to za dywersyfikacja, jeśli zakupionego gdzieś tam w świecie gazu, a nawet złoża, sprowadzić do Polski się nie da, bo jak i czym? Co z tego, że nasze firmy polują w świecie na tani surowiec, skoro on tani jest tylko na miejscu, a po sprowadzeniu znacznie droższy, niż ten – niestety – ze wschodu. Gwoli prawdy dodać tu trzeba, że bezpieczeństwo energetyczne kosztuje, nawet sporo, ale nikt do końca nie określił ile. A to kwestia, co by nie powiedzieć, chyba jednak ważna.
W tym całym kociokwiku najbardziej przemawia do mnie myśl taka, że gazu powinniśmy szukać przede wszystkim u siebie, bo ponoć ten gaz jest. Tutaj rola państwa powinna być znacznie aktywniejsza, o czym słusznie zdaje się od dawna mówić szef ludowców Waldemar Pawlak, tyle że jakoś to wszystko uchodzi w przestrzeń i stamtąd w postaci sensownych uregulowań prawnych już nie wraca. A potrzeba w tym zakresie jest pilna, bo jeżeli – nie daj Boże – pan Aleksander Łukaszenka dostanie nagłej antypolskiej czkawki, to momentalnie czkać zacznie cała polska gospodarka, za nią nasi obywatele i ich portfele, a tego życzylibyśmy sobie najmniej.
Mam też nadzieję – a propos całego zamieszania – że nasza prezydencka „insurekcyjna trupa objazdowa” nie wyruszy, jak miało to miejsce w przypadku Gruzji , na wojnę z „Ruskimi”, bo interesu specjalnego w tym – podobnie jak tam – nie mamy, bo nie jest naszą rolą ustalanie, kto komu ile gazu ukradł, zwłaszcza, że jedni i drudzy w tym zakresie do świętoszków nie należą. To walka gazowej oligarchii o kontrolę nad siecią transportową, bez której handel gazem nie mógłby istnieć. Nakłada się na to ukraińska karuzela polityczna, na której Rosja lubi sobie pojeździć. Nas na tę rozpędzoną karuzelę ciągnąć nie powinno.
Wbrew pozorom na całe to zamieszanie patrzę spokojnie, bo w końcu jakoś się to rozejdzie po kościach, bo dłuższe perturbacje w dostawach gazu do UE sprawią, że ani Rosja, ani Ukraina na tym grosza nie zarobią, zwłaszcza, że ceny surowców energetycznych szybko zaczynają tanieć. Niebezpiecznie wzrosnąć mogą zapasy niesprzedanego surowca, a to znowu dla Rosji i Ukrainy groźba obniżki jego ceny. A co jak co, ale liczyć to wszędzie potrafią, także na wschodzie, tyle że czasami z większymi fajerwerkami. No i czasami myli się tam komuś gaz z gazrurką. Ale, cóż taka tradycja…





Były marszałek Sejmu RP odsłania kulisy swojego odejścia z PiS. Daje czytelnikom wnikliwą wykładnię swoich poglądów na kwestie obrony życia, zasad w polityce i przyszłości prawicy. To portret człowieka, który w imię wyznawanych wartości powiedział Jarosławowi Kaczyńskiemu "Nie", tracąc drugie w hierarchii ważności stanowisko w państwie.
"Encyklopedia końca świata" ks. Andrzeja Zwolińskiego, to solidna porcja wiedzy o procesach i zjawiskach dotykających czasów ostatnich. W formie encyklopedycznej prowadzi nas przez świat pojęć, który być może pobieżnie znamy, ale nie zawsze mieliśmy czas, by się w niego zagłębić i strawić intelektualnie.
Wnikliwa rozmowa o sprawach ważnych. Vittorio Messori odsłania swoją drogę, jaką przebył od antyklerykalizmu i racjonalizmu do pełnego nawrócenia. Rozmawia o sprawach trudnych, nie unikając tematów drażliwych. Imponujący ładunek erudycji i wiedzy o współczesnym Kościele. Idealna lektura na wieczór.
Wywiad-rzeka ze słynnym "trzecim bliźniakiem" braci Kaczyńskich. Smakowite kąski na temat kulis rozstania z PiS-em, okraszone bon-motami, z których słynie Ludwik Dorn. To także opowieść o PRL-owskiej opozycji bez unikania nazwisk i sądów wartościujących. Obowiązkowa lektura dla tych, którzy interesują się polityką.
Obszerna praca dra Grzegorza Radomskiego o endeckiej wizji samorządu, to nie tylko kawał rzetelnej i ożywczej pracy badawczej, ale również doskonały materiał do przemyśleń. To naprawdę imponujący materiał faktograficzny i źródłowy.
Rozmowa z księdzem profesorem to doskonała rozprawa o polskiej historii najnowszej, stosunkach polsko-żydowskich, dyplomacji i kulisach wielu wydarzeń, takich jak eksmisja Karmelitanek z klasztoru w Oświęcimiu.
Najnowsze komentarze