Wybory, wybory…

10 października, 2005 | Polityka

W pierwszej turze, choć z niewielką przewagą, wygrał Donald Tusk. Przed kamerami podczas debaty panowie tradycyjnie już na siebie powarczeli, co jest znakomitą zapowiedzią przed drugą turą. Co prawda panom pretendentom daleko do powarkiwania i miażdżenia się wzrokiem, jak ma to miejsce przed walkami bokserskimi, niemniej jakaś namiastka adrenaliny w tym wszystkim jest. Panowie nie byli w wypowiedziach odkrywczy, ale też nikt od nich tego nie wymagał. Tusk rozluźniony, Kaczyński wyraźnie spięty. Tyle i aż tyle. Ładnie wypadł Endrju, a wynik 16 proc. jest jak na polskie warunki całkiem niezły. Reszta kandydatów popadła w niebyt. Bez żalu i straty.

W czasie kiedy na jedynce szło studio wyborcze z wyleniałymi truchłami dziennikarstwa i polityki, na TVN puścili Nothing Hill z Julią Roberts i Hugh Grantem, co dało ożywczą alternatywę dla prowadzącej studio wyborcze Doroty Gawryluk, która ma się tak do Julii Roberts, jak Władysław Gomułka do Ronalda Reagana. Bo pani Roberts ma w sobie po prostu całe pokłady tego czegoś, co sprawia, że chce się na nią patrzeć.

W ogóle weekend minął na nadrabianiu zaległości w lekturze, na pierwszy ogień poszedł Problem istnienia Boga Claude’a Tresmontanta, czyli cykl wykładów na tematy jak najbardziej poważne, bo dotyczące stworzenia i bytu, w sam raz dla kogoś, kto przerżnął wybory, czyli dla mnie. Poza tym liznąłem Naukę o podmiocie gospodarstwa społecznego Rybarskiego z 1912 roku, gdzie wielce interesująco autor wspomina Bogactwo narodów Adama Smitha, po prostu cymes.

Sporo pytań w minionym tygodniu o przyszłość Ligi Polskich Rodzin, od zwyczajnych ludzi, sympatyków, ale i zwykłych członków. Odpowiadałem jak najoględniej, bo ta przyszłość rysuje się nieciekawie. Wynik wyborczy daleki od oczekiwań, zniechęcenie w terenie oraz brak pomysłu politycznego. W wielu miejscach następuje dekompozycja struktur, co na rok przed wyborami samorządowymi nie wróży Lidze sukcesu. Pomóc jej mogą tylko błędy PiS-u, ale na to – póki co – się nie zanosi, choć Kaczyńscy bardziej nadają się do burzenia niż budowania i na pewno jeszcze negatywnie zaskoczą. Zresztą to marna pociecha, liczyć na potknięcia innych.

Liga znalazła się w kleszczach, z jednej strony napierająca partia braci Kaczyńskich, z drugiej dawne odpryski Ligi, skupione wokół Macierewicza, Olszewskiego i Łopuszańskiego. Do tego dochodzi wewnętrzna fronda Zygmunta Wrzodaka, z którym współpracować zaczynają dawni posłowie LPR do Parlamentu Europejskiego Bogdan Pęk i Bogusław Rogalski.

Jak w tym wszystkim zyskać wyborcę, naprawdę trudno sobie wyobrazić. Jednak największym problem Ligi jest brak wizji programowej, jasnego określenia, czego chcemy i dokąd zmierzamy. Zbiór zaklęć orbitujących wokół tzw. polityki prorodzinnej, bezpieczeństwa socjalnego i krytyki UE, nie mogą być fundamentami politycznymi, na których da się dzisiaj zbudować nowoczesną partię o obliczu konserwatywno-narodowym i wolnościowym w gospodarce. Obawiam się, że Liga może ugrzęznąć w doraźnej taktyce parlamentarnej, obliczonej na ugrywanie promili poparcia w krytyce PiS-u i ściganiu się z Samoobroną w socjalnych miazmatach. Analiza elektoratu LPR również nie napawa optymizmem. Patrząc na jego strukturę, zwłaszcza wykształcenie i przedział wiekowy, można - z całym szacunkiem dla niego - przestraszyć się przyszłości.

Lidze brakuje dzisiaj paliwa politycznego, jakim była do niedawna Unia Europejska. Dzisiaj znacznie trudniej będzie określić flagowe postulaty polityczne, bo ich specjalnie nie widać. Dla mnie sprawa jest prosta – ja pozostaję przy swoich konserwatywnych i wolnościowych przekonaniach, nie zamierzam uginać się pod żadnym socjalnym dyktatem, nawet jeśli nazywa się go polityką prorodzinną (też mi prorodzinność, gdzie dochód rodziny zależny jest od łaskawości budżetu państwa), nie zamierzam boksować się dla samego boksowania, ani żyć mirażami, że przepływy elektoratu raz promują tych, a raz tamtych. Czas po wyborach sprzyja postanowieniom i ja takie powziąłem.