Wuwuzele XVII

27 listopada, 2013 | Rodzinnie, Wuwuzele

I nastały ciche dni w domu. Wszystko przez fakt, że postanowiłem przy pomocy maszynki doprowadzić fryzury Franka i Ignasia do porządku. Trzy miesiące nie widzieli nożyczek, więc nic dziwnego, że wyglądali jak kresowi chłopi z filmu „Sami swoi”. Rzeczywistość więc skrzeczała. Maszynkę mam bardzo dobrą, która doskonale sprawdza się na mojej głowie, więc  nie było powodów by sądzić iż na głowach Franka i Ignasia będzie inaczej.

Żona, pomna dawnych doświadczeń (czytaj tutaj), oznajmiła, że strzyc mam na długość 1 cm. I Bóg mi świadkiem, że chciałem. Problem jednak polegał na tym, że w tym zakresie maszynka spisywała się średnio, strzygąc dość wyrywkowo. Zszedłem więc do 0,5 cm, co od razu poprawiło perfekcję cięcia. Nie na tyle jednak, bym mógł się poczuć usatysfakcjonowany. Jako, że od lat rzeźbię w ten sposób na swojej głowie, więc wiem, kiedy jest dobrze. A dobrze zaczęło być dopiero przy 0,3 cm.

Chłopcy zaczęli wreszcie przypominać chłopców i wszystko szło w jak najlepszą stronę do czasu, kiedy należało dokonać wykańczającego cięcia wokół uszu. Niestety, nie dosłyszałem, że chłopcy mają mieć baczki. Mało tego, w związku z tym, że maluchy nie usiedzą w jednej pozycji dłużej niż 15 sekund, musiałem z maszynką zasuwać za nimi. Nie było to takie proste, czego wymownym przykładem stał się fakt, że linia cięcia przy uchu wygląda dość awangardowo. Nawet mocno.

Odbiór techniczny, który przeprowadziła żona, należał do dość burzliwych. Dowiedziałem się, że nie można powierzyć mi dzieci i że oszpeciłem je na same święta. Na moją uwagę, że święta są dopiero za miesiąc, odpowiedziała, żebym nie łapał jej za słówka. Nastały więc ciche dni, które potrwają pewnie aż do jutra. Ale co tam, chłopcy są teraz podobni do mnie jak dwie krople wody. Widok wprost bezcenny.