Wulkan na Islandii szansą dla Komorowskiego
Pierwsza tura wyborów prezydenckich za nami. Poprawny wynik zanotował Bronisław Komorowski (41,2 proc.), więcej niż dobry Jarosław Kaczyński (36,7 proc.), natomiast bardzo dobry Napieralski (13,7 proc.). Pozostała siódemka pretendentów uciułała jedynie 8 proc., więc się nie liczy. Można śmiało powiedzieć, że pierwsza tura najbardziej opłaciła się Grzegorzowi Napieralskiemu, który na przekór okolicznościom (Smoleńsk, powódź), malkontenctwa we własnym obozie i „zdradzie” Włodzimierza Cimoszewicza, dzięki uporowi i pracowitości wyrąbał sobie pozycję, jakiej od dawna nie miał w Polsce żaden przedstawiciel SLD-owskiej lewicy.
Nic dziwnego, że Napieralski natychmiast stał się obiektem westchnień i adoracji, bo wiano jakie trzyma w zanadrzu, to kąsek nie do pogardzenia dla aspirujących o najwyższy laur Komorowskiego i Kaczyńskiego. Kto po niego sięgnie – wygra, choć nie sądzę, że łatwo da się uwieść. Dlatego też w ciągu najbliższego czasu nasłuchamy się o odpowiedzialności polskiej lewicy, jej socjalnej wrażliwości, konstruktywności i europejskości. Ba, im bliżej terminu drugiej tury, tym dzięki specom od piaru, różnice między PO i PiS a SLD będą zanikać, co na kilometr wonieć będzie obłudą, ale w końcu czego się nie robi dla prezydentury.
Przyznam, że Napieralski mógł się najbardziej podobać w tej kampanii. Startował z pozycji kopciuszka, wyszydzany także we własnych szeregach, ironicznie traktowany na salonach, szczypany przez media jako naiwniak wystawiony przez starych lisów na pożarcie, dokonał rzeczy ważnych – stał się psem przewodnikiem polskiej lewicy, wywalczył dla niej awans do ekstraklasy oraz wlał w lewicowe szeregi wiarę w sukces. Wzbudził falę, która umiejętnie dozowana, może wynieść lewicę do władzy lub dać jej współudział w jej sprawowaniu. Można śmiało zatem powiedzieć, że wybory prezydenckie wygrał Napieralski, choć prezydentem nie został.
Satysfakcję może czuć Jarosław Kaczyński. Znowu napędził strachu Platformie Obywatelskiej, ugruntował swoją pozycję na prawicy, a przy okazji zrewitalizował swój wizerunek, mocno nadszarpnięty przez IV RP. Wielu Polaków kupiło „przemianę” Jarosława Kaczyńskiego, o co postarał się sam kandydat, który twardo i konsekwentnie nie dawał się sprowokować, choć czuło się, że chętnie by wszedł w jakąś „awanturę”, bo to jego żywioł i temperament. Tym razem jednak zagrał jak doświadczony piłkarz – zero samowolki, maksimum dyscypliny taktycznej. Opłaciło się. Jego elektorat z niecierpliwością czeka na drugą turę. Na wakacje nie wyjeżdża. W ruch pójdą z pewnością polityczne wuwuzele.
Kłopot ma Bronisław Komorowski. Skromna przewaga nad Jarosławem Kaczyńskim uzyskana w pierwszej turze, może okazać się zwycięstwem pyrrusowym. Nie od dziś wiadomo, że elektorat PO jest elektoratem najbardziej leniwym, który na dodatek wkracza w okres wakacyjny, więc siłą rzeczy bardziej myśli o pakowaniu walizek, niż o wspieraniu „Bronka” w walce z „Kaczorem”. Dla wielu sympatyków Platformy Obywatelskiej Komorowski nie jest wart zmiany planów wakacyjnych, bo elektorat ten myśli przede wszystkim o sobie, tak jak na elektorat liberalny i zadowolony z siebie przystało. Jak go zatrzymać w Polsce?
Pozostaje wulkan na Islandii. Będzie pył, będzie elektorat Platformy przy urnach. Nie będzie pyłu – odleci. Kto wie, czy nie na słynne plaże Tunezji właśnie.
Komentarze
Komentarz od Wacek
Data 21 czerwca 2010, 19:22
Ośmiesza to się Komorowski i wystarczy na arenie krajowej.
Komentarz od Arkadiusz Łygas
Data 22 czerwca 2010, 09:40
Jeden i drugi.










Komentarz od Arkadiusz Łygas
Data 21 czerwca 2010, 11:28
Wygra Komorowski,bo większość obywateli krytycznie ocenia prezydenturę nieżyjącego Kaczyńskiego i nie chce by jego brat w dalszym ciągu miał kontynuować ośmieszanie naszego Kraj na arenie międzynarodowej.