Prowincja jako wartość

1 marca, 2010 | Historia, Polityka

Polecam niezwykle ciekawy tekst „Wartość prowincji”, którego autorem jest Adam Danek, doktorant na Uniwersytecie Jagiellońskim. Od dłuższego czasu z zainteresowaniem śledzę jego publicystykę, wnoszącą do współczesnej myśli prawicowej świeżość, odwagę i erudycję, której na prawej stronie często brakuje. Tym razem na warsztat wziął prowincję, pokazując jej znaczenie dla organizmu państwowego, nie tylko zresztą w kontekście historycznym.

To ożywcza lektura dla tych, którzy poszukają siły i energii politycznej we wspólnotach lokalnych, traktowanych przez prawicę, niestety, dość przedmiotowo i podejrzanie, jako forpocztę wszelkiej maści separatyzmów. A tak przecież nie jest, o czym wiedzą wszyscy ci, którzy oddają swoje siły i czas Polsce lokalnej, widząc w niej rezerwuar tradycyjnych wartości. Poniżej fragment wzmiankowanego artykułu.

(…) Wspólnoty państwowe nie zawsze były zorganizowane w jednorodne jednostki w rodzaju województw, departamentów czy obwodów, mających za zadanie głównie ułatwiać pracę stołecznej biurokracji. Przed nastaniem nowoczesności, z jej wszystkimi wątpliwymi dobrodziejstwami, składały się z prowincji. Prowincja stanowiła część państwa odmienną co do istoty od nowoczesnego obwodu, departamentu czy województwa, ponieważ w stosunku zarówno do centrum państwa, jak i do pozostałych jego części zachowywała liczne odrębności w sprawach podatkowych, celnych, sądowniczych, prawodawstwa, instytucji politycznych etc. Utrzymywanie tych odrębności pozostaje wyrazem osobnej, lokalnej tradycji historycznej, z której prowincja czerpie legitymizację dla swych szczególnych urządzeń i uzasadnienie własnych uprawnień. Na tradycję jako element konstytutywny dla tego rodzaju jednostek politycznych zwrócił uwagę wybitny polski konstytucjonalista prof. Zygmunt Cybichowski (1879-1946) w swej lapidarnej definicji prowincji: „Przez prowincję rozumiemy jednostkę terytorialną o odrębnej przeszłości, posiadającą zwykle, jako wyraz swej odrębności, rozległe kompetencje ustawodawcze. Prowincjami były t. zw. królestwa i kraje, reprezentowane w austriackiej radzie państwa, a więc Galicja, Czechy itd.” Bez tradycji nie ma prowincji. Tradycje prowincji, będącej częścią większego organizmu państwowego, współistnieją w nim z tradycją, z której z kolei wyprowadza swe prawa państwo.

Państwo złożone z prowincji – nierównych sobie, lecz połączonych w całość więzami wykrystalizowanymi w toku jego historycznego rozwoju – tworzyło przeciwieństwo biurokratycznego mechanizmu: organizm polityczny. Różnorodność prowincji w łonie jednego państwa była źródłem bogactwa jego kultury. Żywotność lokalnych tradycji, stanowiąca podstawę zachowania przez prowincje ich odrębnego charakteru, dostarczała podatnego gruntu pod powstawanie w poszczególnych częściach państwa ośrodków życia duchowego i intelektualnego konkurujących ze stolicą. Dlatego też reakcjonista Mikołaj Gómez Dávila (1913-1994) konstatował ze smutkiem: „Zniszczenie prowincji to jedno z fatalnych wydarzeń tego stulecia. Określenie ›z prowincji‹ było antonimem określenia ›prowincjonalny‹”.

Prowincja to forma organizacji przestrzeni politycznej, która pozwala pogodzić aspiracje ludu zamieszkującego daną krainę do zachowania własnej tożsamości grupowej z aspiracjami centrum państwowego do efektywnego sprawowania władzy nad tą samą krainą. Co za tym idzie, prowincja jako jednostka terytorialna dobrze rozwiązuje problem wewnętrznej organizacji szczególnego rodzaju państw, jakimi są imperia, mieszczące w sobie rozmaite narody i kultury. Możliwie szeroki zakres zachowywanych przez prowincję jej starych praw i przywilejów zmniejsza ryzyko pojawienia się w poszczególnych częściach imperium tendencji odśrodkowych, separatystycznych, które z pewnością wzrosłoby, gdyby imperium przyjęło centralistyczny, zglajchszaltowany system administracyjny, oparty na w pełni jednostronnej dominacji stołecznej metropolii. Prowincja rozwiązuje ponadto jeszcze jeden problem, jaki pociąga za sobą istnienie imperium – problem przedmiotu lojalności jego poddanych. Jak zauważył Gilbert Keith Chesterton (1874-1936), słabością imperializmu pozostaje brak czegokolwiek, co by się na taki przedmiot w praktyce nadawało. Naturalne uczucie przywiązania na poziomie przestrzennym budzi bowiem w człowieku przede wszystkim jego ojczyzna, tzn. bezpośrednie, znane mu od dziecka, otoczenie geograficzne wraz z zamieszkującą je zborowością ludzi, ich zwyczajami i wspólną historią. Innymi słowy, ojczyzna to zawsze mały wycinek powierzchni ziemi i trwająca na nim, partykularna kultura. W tym sensie imperium nie jest niczyją ojczyzną. Imperium zamyka w sobie zbyt wielką przestrzeń geograficzną i polityczną, by legitymizację swej władzy i zasady ustrojowe móc opierać na jakichkolwiek partykularyzmach kulturowych. Imperialna forma państwa wymaga uniwersalizmu. I choć splendor imperium spływa na jego poddanych, choć mogą oni czerpać dumę z jego potęgi, a nawet z samego bycia cząstką jego wielkości – to jednak ludzkiemu uczuciu przywiązania trudno jest zakorzenić się w imperialnych zasadach i symbolach, uniwersalnych, a więc zawsze mniej lub bardziej abstrakcyjnych, oddalonych od przestrzennego i kulturowego konkretu. Ta trudność znika natomiast, gdy poszczególne kraje imperium znajdą się w nim jako prowincje. Ojczyzna każdego z ludów imperium nie traci wówczas na swej lokalności i swoistości (czym groziłoby mechaniczne obrócenie jej w kolejny dystrykt czy okręg według narzuconego odgórnie schematu organizacyjnego) – zostaje tylko wkomponowana w większą całość polityczną. Poddani zamieszkujący daną krainę są mniej narażenie na dylematy lojalności, jeśli została jej, jako prowincji, pozostawiona względnie szeroka możliwość autonomicznego rozwoju pod panowaniem władców imperium.

Tutaj znajdziecie państwo inne teksty autora.