Okręgówka made in Poland
Zakończyliśmy swój udział na Mundialu, zaoszczędziliśmy sobie tym samym dalszego wstydu, którego i tak narobiliśmy sobie co niemiara. Polski futbol to wciąż dla mnie wielkie nieodgadnione zjawisko. Od dawna gra naszej reprezentacji nie wywołuje u mnie żadnego dreszczyku emocji, raczej smutny obowiązek oglądania mizerii i przeciętności. Nie jestem w stanie wykrzesać z siebie emocji, bo nie lubię jak ktoś robi mnie, jako kibica, w przysłowiowe bambuko. Nasze gwiazdeczki po raz kolejny pokazały, że im szybciej się z nimi pożegnamy tym lepiej.
Swego czasu napisałem parę zdań na temat polskiej piłki. To co napisałem wówczas w artykule „Piłka drukowana”, podtrzymuję w całej rozciągłości:
„…polski futbol to par excellence jedna wielka banda kombinatorów, wydrwigroszów i pozerów. Pijawek, które do perfekcji opanowały sztukę ssania każdego cycka, choćby o parametrach wągra. Na czele tego piłkarskiego grzęzawiska od lat stoi szpakowaty goguś Michał Listkiewicz, który na wieść o „wpadce” (aresztowanie przekupnego sędziego – przyp. moje) swojego kolegi wielce był zaskoczony, że w polskim futbolu zdarzają się rzeczy tak niesłychane. Ten mało udany aparatczyk PZPN, straszący aparycją powiatowego fordansera, jest wprost modelowym przykładem bylejakości polskiej piłki kopanej, jej zepsucia i braku jakiejkolwiek racjonalnej, przejrzystej i uczciwej wizji. (…)
A struktura i jakość polskiego futbolu to marność nad marnościami, która nie wiedzieć czemu, ma wciąż swoich wyznawców i adoratorów. Polscy kopacze, to rozkapryszone gwiazdeczki i primabaleriny. Włoski na brylantynę, kolczyki w uchu, czuprynki w wystudiowanym nieładzie, niedbałe ruchy luzaków oraz bystry wzrok i słuch podążające za każdym szelestem „papiera”. Gwiazdeczki nic nie muszą robić, od czasu do czasu tylko trochę pobiegać, pokopać piłeczkę, czasami nawet w nią trafić, a niekiedy, co daj Boże, także w światło bramki.
Po 90 minutach dreptania gwiazdeczki schodzą z boiska, zażywają kąpieli, dostają jadełko i tutu z odżywkami, wizytują gabinety odnowy biologicznej, potem z najwyższą dokładnością kasują mamonę. Wsiadają do swoich audi, mercedesów i chryslerów, jadą do apartamentów lub podmiejskich siedlisk. Włączają kino domowe, zakładają klapki adidasa i pociągają 12-letnią whisky. Czasami poimprezuja, poprzeglądają żurnale mody, a na noc po wizycie w solarium wklepują maseczkę w wymuskane buziuchny. Jednym słowem odpoczywają, pardon – regenerują siły przed kolejnym meczem. Nasze gwiazdeczki do perfekcji opanowały pozerstwo, stąd ich śladowa obecność w dobrych ligach zagranicznych. Dla wielu z nich zagranie pełnych 90. minut meczu to perspektywa zawału serca, gdyż wysiadają już w pierwszej połowie.
Technika gwiazdeczek ogranicza się do gry w tzw. „dziada” – nieśmiertelnego szlagieru trenerskiego. Wciąż nieodgadniona pozostaje przyczyna – poza ewidentnym drukowaniem – że facet, który żyje tylko z biegania (przyznajmy, że to mało skomplikowane zajęcie) nie jest w stanie trafić w piłkę, a w sytuacjach sam na sam z bramkarzem, kopie piłkę w chmury niczym w futbolu amerykańskim.
Za gwiazdeczkami podążają – to oczywiste – działaczyki, wszyscy jak ze sztancy. Półtusze odziane w granatowe garnitury ze złotymi guzikami, wymięte krawaty i spocone karki. Na ręku omegi, a w skromniejszym wydaniu koniecznie „szwajcary” z dwoma cyferblatami na błyszczącej bransolecie. Poupychani w okręgowych związkach i klubach piłkarskich, z kompletnie nieprzejrzystymi kompetencjami, udowadniają na każdym kroku swoją nieodzowność. Ręce powykręcane od mamonowego „reumatyzmu”, zaślinione brody od widoku naiwnego sponsora czy publicznej kasy. Nie potrafią robić niczego innego poza wrażeniem. To obraz piłkarskiego działaczyka made in Poland.
Coś jednak pęka. Zaczyna się strach. Wystarczy, że jeden zapuszkowany sędzia lub „działacz” zacznie sypać, a piramida knowań, fałszerstw i przekrętów budowanych latami zacznie się chwiać. Pojawia się szansa na deratyzację piłkarskiego środowiska. Dokonać tego może tylko prokuratura, policja i dziennikarze. Broń Boże działaczyki, czy Michał Listkiewicz. Nigdzie bowiem nie jest tak, żeby szczury przeprowadzały deratyzację samych siebie.”
Tyle artykuł. Przyznam się, iż nazbyt optymistycznie myślałem, że Listkiewicza i całą tę bandę z PZPN szlag trafi po aferach korupcyjnych, o których trąbiły media, a prokuratorzy wzięli aferzystów na tapetę. Niestety, Listkiewicze mają się dobrze, ba, uważają, że nie jest tak źle, a cały szum czyniony przez media jedynie szkodzi polskiej piłce. Taki jest właśnie dzisiejszy polski futbol.
Swego czasu wiele frajdy sprawiło mi oglądanie turnieju piłki nożnej w wykonaniu może 8-10 letnich brzdąców. Takiego zaangażowania, autentycznej walki, zdrowej sportowej „wściekłości” nigdy nie widziałem u naszych „reprezentantów”. Nagrodą dla dzieciaków były jedynie łakocie i napoje. Nic więcej. To odskocznia od nabzdyczonych udawaczy z PZPN, zamanierowanych kopaczy i beznadziejnych trenerów. W sumie jednak jakieś światełko w tunelu. I tylko kibiców żal…










Najnowsze komentarze