O mnie




















Ósmego listopada Roku Pańskiego 1968 donośmym krzykiem oznajmiłem swoje przyjście na świat. Kaprysem losu stało się to w Ostrowie Wielkopolskim, z którego już po miesiącu zostałem wywieziony do Poznania, gdzie od pokoleń zamieszkuje moja rodzina. Tam zrobiłem rodzinną furorę, gdyż okazałem się pierwszym wnukiem mojego dziadka Hieronima, który na tę okoliczność popadł w stan zachwytu. Dostrzegł bowiem w tym fakcie szansę na przełamanie żeńskiej dominacji w rodzinie, gdyż los obdarzył go trzema córkami i ani jednym synem. Teraz miał wnuka.

Pierwsze miesiące życia spędziłem w rodzinnej kamienicy wybudowanej przez mojego prapradziada powstańca wielkopolskiego. Kamienicy, którą komuniści przezornie znacjonalizowali, słusznie zakładając, że to wylęgarnia mieszczańskiej reakcji i wszelkiej maści wrogów klasowych. Tych, jak wiadomo, władza ludowa darzyła wysublimowanym proletariackim żarem i robotniczo-chłopską miłością. Z przyczyn oczywistych miłości tej mój pradziad nie odwzajemniał. Bywał z tego powodu ciągany po sądach dzięki lokatorom z tak zwanego kwaterunku. Uprzejmie donosili, że senior rodu Gajewskich wyśmiewa jedyny słuszny ustrój sprawiedliwości społecznej, słucha ostentacyjnie zakazanych rozgłośni i rozpowiada dookoła, że od komunistów niczego nie potrzebuje, bo nawet cukier sprowadza sobie z Ameryki. Do ostatnich chwil swojego życia krnąbrny pradziad nie pogodził się z ludowym ustrojem, zresztą jak większość przyzwoitych poznaniaków. Spoczął na poznańskim Miłostowie, żegnany przez swoich druhów powstańców.

Rzec zatem można, że z mlekiem matki wyssałem swój wolnościowy i antykomunistyczny pogląd na świat, przezornie umacniany w latach późniejszych przez babkę. W wieku około jednego roku pożegnałem Poznań i wylądowałem w Bydgoszczy. Wnet po przyjeździe nawiązałem swoje pierwsze instytucjonalne stosunki z Polską Ludową, włączając się w system opiekuńczo-wychowawczy zwany żłobkiem. Instytucja ta proponowała szereg szlagierów edukacyjnych, wśród których rekordy popularności biło „kółko graniaste”. Później przyszedł czas na przedszkole im. Jacka i Agatki, które dzięki sąsiedztwu z moim podwórkiem oraz niskiemu płotowi, stwarzało szereg wolnościowych pokus, z których obficie korzystałem.

Rozmowy wychowawcze w moim przypadku na niewiele się zdawały, gdyż moja piaskownica bardziej mi odpowiadała, co już wówczas mogło wskazywać na silnie zakorzeniony instynkt patriotyczny, w tym przypadku podwórkowy. Ucieczek z przedszkola zaprzestałem dopiero w grupie starszaków, bo tam to już nie uchodziło. Wtedy też, o ile dobrze pamiętam, poznałem swoją pierwszą sympatię, o czym ona do dzisiaj nie wie, bo nie miałem śmiałości jej o tym powiedzieć. Wiem, że starałem się jej zaimponować samodzielną jazdą na rowerze typu „bobik” oraz wzniecaniem awantur w piaskownicy i przy trzepaku. Bez rezultatu.

Z chwilą nastania obowiązku szkolnego z nietęgą miną wybrałem się do szkoły podstawowej nr 31, noszącej imię bohaterskiego komunisty – Marcelego Nowotki, obecnie Józefa Piłsudskiego. Z lat tych zapamiętałem obowiązkowe juniorki, mundurek szkolny z tarczą, obiady w świetlicy i kefir wmuszany szkolnej dziatwie na dużej przerwie. Paletę ówczesnych klimatów dopełniał smak wody sodowej z sokiem z saturatora obleganego po lekcjach, oranżady w proszku, krówek ciągutek, zwanych mordoklejkami, a także pełne zaangażowania pojedynki na rurki do plucia. O procy na skoble nie wspominam, gdyż była na wyposażeniu każdego szanującego się młodego dżentelmena w juniorkach. Dla pełnego obrazu dodam, że nadzwyczaj lubiłem powroty ze szkoły, które celebrowałem godzinami, zwłaszcza, jeśli po drodze napatoczyła się większa kałuża albo nie daj Boże rozbabrana budowa. Nie muszę dodawać, że po takich przygodach, stając w domowym progu, nadawałem się już tylko do wanny.

Moje fascynacje błotniarskie wywoływały zrozumiałe reperkusje w domu, których efektem był zakaz wychodzenia na dwór. Jednak z uwagi na fakt zamieszkiwania na parterze, w żaden sposób nie dało się go przekuć w czyn. Zew wolności i dobiegający gwar podwórka brały górę. Z ówczesnych postaci szczególnie zapamiętałem czujnego milicjanta, który nie był w stanie uwierzyć, że znaleziona po drodze ze szkoły butelka piwa, poddana degustacji wespół z kolegą, nie należała do nas, lecz do panów budowlańców. Nie pomogły tłumaczenia, że jej zawartość była podła, a na butelce nie było etykiety – zostaliśmy przykładnie spisani. Do dzisiaj z kolegą, obecnie profesorem nauk historycznych w bardzo poważnej instytucji naukowej, uważamy, że władza ludowa wówczas przesadziła. Podstawówka w każdym razie minęła jak z bicza trzask. Wyniosłem z niej jednak mocno ugruntowane przekonanie, że przerwy były zupełnie niepotrzebnie przerywane lekcjami.

Na kolejne cztery lata swoich edukacyjnych fascynacji wybrałem Liceum Ogólnokształcące im. Leona Wyczółkowskiego w Koronowie pod Bydgoszczą, co było jawnym nonkonformizmem, o ile nie prowokacją losu. Wybór okazał się słuszny, choć początek na to nie wskazywał, jako że już w pierwszym tygodniu wylądowałem w gabinecie dyrektora, którego poinformowano, że podobno chciałem podpalić szkołę. Faktem jest, że przy udziale świeżo poznanego kolegi, puściłem z dymem stare szmaty obok szopy z farbami i benzyną na zapleczu szkoły, niemniej wnioski wyciągnięte przez dyra były daleko nieadekwatne do stanu faktycznego i potencjalnego zagrożenia. Po tym niegodnym uwagi incydencie oraz wysłuchaniu okolicznościowej litanii, zwieńczonej pełną jęku figurą retoryczną: „i co ja mam z tobą Eckardt zrobić?”, moja na moment zagrożona kariera ogólnokształcąca mogła bez wstrząsów (no, powiedzmy) potoczyć się dalej.

Szczęśliwie dobrnąłem do matury, poznając w międzyczasie wiele fascynujących przedmiotów. Bardzo na przykład podobała mi się chemia, zwłaszcza doświadczenia chemiczne, szczególnie kiedy w przeprowadzanym doświadczeniu czegoś nie dodano lub zrobiono to nazbyt szczodrze. Wywoływało to niesamowity tumult oraz masowe migracje połączone z uroczym popłochem, a co najważniejsze – długotrwałe wietrzenie szkoły, podczas którego można było kontynuować przerwane lekcjami wątki towarzyskie lub dokończyć „dymka” w toalecie.

Osobną atrakcję stanowiły kondukty pogrzebowe ciągnące pod oknami naszej szkoły, mimowolnie otwierające nasze małpie rozumy na tchnienie wiekuistości i zadumę nad kruchością spraw doczesnych. Nabierało to niezwykłego kontekstu zwłaszcza przy omawianiu uroków średniowiecza z jego złowrogim leitmotivem „Memento mori”, czy trenów Kochanowskiego, które w poszumie dobiegających żałobnych pieśni, zyskiwały wielce oryginalne wzmocnienie. Gdzieś w okolicach czwartej klasy, po jedenastu latach mordęgi, z radością pożegnałem przedmioty ścisłe, które jakoś do mnie nie lgnęły i mogłem zająć się już tylko tym, co lubiłem najbardziej, czyli historią. Na horyzoncie zarysowały się studia.

Za obiekt studenckich zainteresowań obrałem sobie nauki społeczne w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Bydgoszczy (obecnie Uniwersytet Kazimierza Wielkiego) nazywane dzisiaj politologią. Jako że po czymś takim nie bardzo było wiadomo, co robić z absolwentami, dano nam możliwość zrobienia dodatkowej specjalizacji. Tym sposobem zostałem magistrem nauk społecznych o specjalności administracja samorządowa. Nauka, którą rozpocząłem jeszcze w PRL-u, a skończyłem w III RP, wbrew pozorom, okazała się przydatna.

Studia odbyłem raźno, a pracę magisterską popełniłem z historii ruchu narodowego, którym się interesowałem dość długo, a formalnie związałem właśnie w okresie studiów. Moje niepoprawne poglądy miały swoje reperkusje podczas zajęć, w czasie których starałem się prowokować feministki, np. sprawą dekomunizacji czy równouprawnienia. Wówczas to w powietrzu, obok soczystych onomatopejów, unosił się zapach siarki, a zjeżonym feministkom, zamiast obcasów, pewnikiem stukały racice. Jeszcze podczas studiów, bo w roku 1991, reaktywowałem w Bydgoszczy Stronnictwo Narodowe, a w chwilę później otwierałem jego listę do Sejmu w pierwszych wolnych wyborach. Oczywiście na Wiejską się nie dostałem, gdyż w owym czasie mówienie o zmowie „okrągłego stołu” i rabunkowej prywatyzacji elektoratu za serce jeszcze nie chwytało. To miało przyjść znacznie później.

Ito co najciekawsze – polityka. Byłem radnym Sejmiku województwa kujawsko-pomorskiego w latach 2002-2006. Do czerwca 2006 roku byłem członkiem Ligi Polskich Rodzin, skąd przezornie mnie usunięto za krytykę linii politycznej oraz stylu „przywództwa” liderów tej partii. Od listopada 2006 roku do grudnia 2009 roku byłem wicemarszałkiem województwa kujawsko-pomorskiego. Przestałem nim być, kiedy napisałem na blogu, że Lech Kaczyński jest kiepskim prezydentem i w związku z tym nie ma szans na reelekcję. PiS, które rekomnedowało mnie na to stanowisko, najpierw się zapowietrzyło, a następnie dostało szału. Ubijanie mnie trwało dwa miesiące. A kiedy już padłem, okazało się, że PiS wicemarszałka już nie dostało.

Ponadto.

Jestem założycielem  Towarzystwa Kamrackiego, które jest matecznikiem dla osób lubiących biesiady i nieskępowane dyskusje. Maczałem również palce w założeniu Wspólnoty Małych Ojczyzn, która stała się przestrzenią dla osób realizujacych swoją aktywność w różnego rodzaju wspólnotach lokalnych. Ukończyłem również Podyplomowe Studia Przywództwa i Negocjacji na Akademii Obrony Narodowej, co bardzo mile wspominam. Pełniłem ponadto funkcję prezesa Kujawsko-Pomorskiej Organizacji Turystycznej.

I to, co najważniesze

W kwietniu 2011 mój świat nabrał innych barw, a życie odsłoniło nieznany mi wcześniej sens. Zostałem ojcem trojaczków: Nataszki, Franka i Ignasia. O każdym kolejnym brzdącu dowiadywaliśmy się z żoną sukcesywnie przy każdej wizycie lekarskiej. Na przekór trudnościom, malkontentom i niedowiarkom, z „troską” prorokującym, że „nic z tego raczej nie będzie”, cała trójeczka się zawzięła i przy pomocy wspaniałych lekarek dociągnęła szczęśliwie do momentu, w którym bezpiecznie mogła przyjść na świat. Meldując swoje przybycie 18 kwietnia 2011 r. wywrócili całe moje dotychczasowe życie do góry nogami. Ani się spostrzegłem, kiedy stare pasje i przyzwyczajenia musiały odejść do lamusa. W ich miejsce pojawiły się nowe – mleko, kaszka, pieluchy, śpiochy, ząbkowanie…

Więcej grzechów nie pamiętam.

« powrót