Dlaczego nie jestem kibicem
Ponieważ obce są mi wszelkie odruchy stadne nie nadaję się na kibica. Zwłaszcza piłkarskiego. Nie potrafię śpiewać kretyńskich przyśpiewek, skakać na stadionowej ławce niczym małpa podczas chuci, kręcić młynków szalikiem, sapać na widok wrogich kiboli, czy zachwycać się ilością palonych rac. Nie rusza mnie to, kto ma z kim „kosę”, a kto „zgodę”. Mam w tym temacie zero wzruszeń.
Piłka nożna w krajowym wydaniu od lat kojarzy mi się jedynie ze sferą kryminogenną, co potwierdzają komunikaty licznych prokuratur. Jakość polskich kiboli jest dla mnie wprost proporcjonalna do jakości polskich piłkarzy. Jest to obieg zamknięty. Dlatego w ogóle nie dziwi mnie wymierzanie pięścią sprawiedliwości przez kiboli swoim piłkarzom. Poza tym, ci wydają się być z tej swoistej „troski” zadowoleni.
W gorącej dyskusji o kibicach zabrakło mi jednego stwierdzenia, które mogło by być lichą przesłanką usprawiedliwiającą. Że przykład idzie z góry. Że szalikowcy PiS i PO w niczym nie różnią się od szalikowców Lecha i Legii. Tak samo organizują „ustawki” i wszczynają burdy, tyle że medialne, tak samo mają swoich zapiewajłów i ortodoksyjne „młyny”. Tak samo szczerze się nienawidzą. I tak samo demolują, tyle że życie publiczne.
Oto ostatni meldunek z jednego z polskich stadionów, jakże uroczo obrazujący kibolską fantazję: „Sprawcy weszli na stadion i w kilku miejscach na murawie boiska rozsypali szkło, prawdopodobnie z potłuczonych butelek. Zauważyli ich pracownicy ochrony, ale zdołali uciec przez ogrodzenie. Sprawcy zostali zarejestrowani na stadionowym monitoringu i policja ustala ich tożsamość”. Nie bez kozery zapytać można, kiedy przyjdzie czas na miny przeciwpiechotne?
Zapyta ktoś, a polska reprezentacja? Ano nic, niedaleko pada jabłko od jabłoni. Po prostu zabroniłbym wykonywania hymnu państwowego przed jej występami. Niepotrzebne nam tego rodzaju profanacje. Niech sobie śpiewają hymn PZPN.


















