Małe ad vocem Jankowi Engelgardowi
Nie ma narodowej zgody, co do oceny stanu wojennego. Nie ma jej częściowo na lewicy i nie ma jej na prawicy. Był wydarzeniem traumatycznym i takim pozostanie, aż umrą ostatni jego świadkowie. A to jeszcze potrwa. Mój wpis o stanie wojennym wzbudził emocje nie u lewicy, co byłoby zrozumiałe, ale u mojego serdecznego kolegi Janka Engelgarda, redaktora naczelnego „Myśli Polskiej”, którego pogląd na stan wojenny znam i szanuję. Jest różny od mojego. Nie martwi mnie to wcale, gdyż uważam, że obaj z naszymi poglądami mieścimy się w nurcie narodowo-demokratycznym. Z prostej przyczyny – nurt ten jest nurtem wolnym intelektualnie i oświetla zjawiska społeczne oraz polityczne ze stron wielu. A z tym, jak widać, Janek Engelgard zaczyna mieć chyba mały kłopot.
Zostałem wzięty na widelec w sposób charakterystyczny dla toku myślenia pewnej części współczesnego obozu narodowego, który uznał onegdaj, że generał Jaruzelski, jako polski patriota o inklinacjach narodowych, szukając porozumienia z opozycją, w pierwszej kolejności dogada się z jej narodowym nurtem, a nie lewicą laicko-trockistowską, przeciwko której tak naprawdę stan wojenny wprowadził. Stało się inaczej. Jaruzelski na partnera wybrał jednak lewicę, bo jej bardziej ufał, pomimo jej trockistowskich predylekcji i antykomunistycznej retoryki. Za dużo o niej wiedział, by się jej obawiać.
Nurtu „narodowego” nie wziął pod uwagę z prostej przyczyny – jeśli ten, a w zasadzie jego niemały fragment, wyznawał mu swoistą polityczną miłość, doceniał i usprawiedliwiał, utwierdzał w przekonaniu, że stan wojenny jednak złem nie był, bo uchronił Polskę przed radziecką interwencją, i skoro ten nurt uczestniczył (przy całym szacunku dla szczerych intencji) w marionetkowych ciałach doradczych przy panu generale, kuglował przez lata z tzw. narodowym nurtem w PZPR, to po co miał się z nim Jaruzelski dogadywać, skoro był po jego stronie? Podobnie jak w przypadku solidarnościowej lewicy – za dużo o nurcie narodowym wiedział, by się go obawiać, a tym bardziej brać poważnie pod uwagę w operacji dzielenia się władzą z opozycją.
Janek Engelgard na łamach portalu Myśli Polskiej raczył zauważyć:
Szkoda, bo Macieja Eckardta stać na coś więcej, niż do wezwania do pójścia pod jakąś tablicę „Solidarności”. A ja w tym dniu wspominam naszych nieżyjących nauczycieli ze starszego pokolenia narodowego – Jędrzeja Giertycha, Leona Mireckiego i Wojciecha Wasiutyńskiego. Mają mi wciąż znacznie więcej do powiedzenia niż pseudokombatanci stanu wojennego.
Otóż sformułowanie „jakaś tablica ‘Solidarności” jest chyba nazbyt lekceważące, zwłaszcza, że tablica ta mówi o Polakach, którzy o Polskę walczyli, tak jak umieli najlepiej, niekoniecznie znając myśl narodową i pisma Romana Dmowskiego. Jako wicemarszałkowi przychodzi mi bywać pod różnymi tablicami i wszędzie za nimi widzę ludzi, nie zawsze myślących tak jak ja, ale żarliwych, pełnych oddania, którzy bardzo często oddawali życie za to w co wierzyli. Wydaje mi się, że myśleniem narodowym jest właśnie ogarnianie wszystkich tych, którzy nie poszli na lep politycznej poprawności, która łamie charaktery nie tylko dzisiaj, ale łamała charaktery przede wszystkim w PRL-u.
Nie wiem dlaczego Jan Engelgard koniecznie chce przeciwstawić mi postacie znaczące w ruchu narodowym, zwłaszcza Leona Mireckiego, którego miałem szczęście znać osobiście i z którym mogłem wielokrotnie rozmawiać. Nie wyrywajmy sobie tych ludzi, nie etykietujmy się tymi nazwiskami, podpierając swoje tezy. Oni wszyscy należą już do historii, odeszli z bagażem większych lub mniejszych zasług. Tkwią w naszej pamięci, mamy wobec nich dług i mamy do czego wracać, zwłaszcza, jeśli pozostawili po sobie spuściznę historyczną i publicystyczną. Wyłączmy ich z naszych personalnych tyrad, bo nie wiemy tak naprawdę, co by nam dzisiaj powiedzieli.
Lubię Janka Engelgarda. Za konsekwencję, inteligencję, odwagę chodzenia pod prąd i klarowność. W wielu kwestiach się z nim zgadzam, bo obaj odebraliśmy narodowo-demokratyczną szkołę myślenia. Czytaliśmy tych samych klasyków narodowych, ale i nie tylko ich. Wielokrotnie rozmawialiśmy i jeszcze nie raz do rozmów będziemy powracać. Nie podzielam jednak swoistej „fascynacji” Janka okresem PRL-u. Uważam ten czas za stracony dla Polski i jakoś nie pociąga mnie możliwość dzielenia PRL-owskiego włosa na czworo i rozważanie, na ile, i co można było w PRL-u robić. Owszem wiele można było, ale jakim kosztem… Wielokrotnie o tym pisałem i przywołam tutaj własne słowa, choć cytowanie samego siebie do dobrego tonu nie należy:
PRL padła, bo musiała. Na szczęście. Padła, bo odbierała ludziom wolność i inicjatywę. Sczezła, bo firmowały ją buraczane, nie skażone żadną myślą tępe i nalane twarze partyjnego betonu, którym rytm życia wyznaczały egzekutywy i zjazdy. PRL padła, bo była atrapą państwa, niezdolną do przetrwania w międzynarodowej rywalizacji, skłóconą na dodatek z własnymi obywatelami, którzy stanowią o kondycji i żywotności państwa.
Natomiast wszystko to, co można by dobrego o PRL-u powiedzieć dotyczy tylko ludzi. Nie wszystkich oczywiście. Oni tworzyli, pisali, odkrywali ważne dla nauki rzeczy nie dlatego, że szansę dała im PRL – oni czynili właściwy użytek ze swoich talentów, pomimo że żyli w PRL-u. Bo cały okres tzw. Polski ludowej, był okresem marnotrawstwa na niespotykaną skalę. Był czasem wypychania najzdolniejszych za granicę, tłumienia przedsiębiorczości i samoograniczaniem się w imię chorej doktryny. Był czasem, per saldo, bezpowrotnie dla Polski straconym. I ktoś za to ponosi winę.
Zdania na temat PRL-u zmienić nie potrafię, choć przeżyłem w nim całą swoją młodość, co ponoć ma wpływ na ocenę tamtych lat. Zainteresowanych odsyłam również do mojego tekstu „Postkomuna”. A teraz zwiewam w plener wypróbować najnowszy nabytek nikkor 80-200mm z uroczym światełkiem 2,8. Porządna japońska robota - 1,3 kg żywej wagi, więc bez monopodu się nie obejdzie :). Ale żeby nie było, że cały ten PRL w czambuł potępiam (tak nie jest), pamiętam, że pierwsze pstryknięcia robiłem niesamowistym PRL-owskim aparatem, który wabił się AMI. Był cały z plastiku i wytrzymał, zdaje się, aż rok. Parę zdjęć nawet się uchowało :).










Komentarz od mr off
Data 14 grudnia 2008, 18:37
My, Ablowie, czyści jak łza
Stefan Chwin*
2008-10-04, ostatnia aktualizacja 2008-10-06 18:38
Jak zachowałby się każdy z nas w nocy 13 grudnia 1981 r., gdyby znalazł się na miejscu przeklętego generała?
Dedykuję Jarosławowi Markowi Rymkiewiczowi, autorowi „Wieszania”
Stan wojenny był czymś okropnym, ale został wprowadzony w sposób mistrzowski. Brednie o nieudolności rozkładającego się systemu komunistycznego w świetle tego wojskowo-policyjnego sukcesu można włożyć między bajki. Wszystko mimo „pewnych utrudnień” poszło jak w zegarku.
Ale to nie generał Jaruzelski wprowadził stan wojenny.
On tylko puścił w ruch maszynerię, która zadziałała bez zarzutu.
Stan wojenny wprowadziły dziesiątki tysięcy zwykłych, polskich chłopców z Gdańska, Rawy Mazowieckiej, Wrzeszcza, Kutna i Elbląga – stoczniowców, ślusarzy, rolników, magazynierów, górników, tramwajarzy i pracowników supermarketów, maturzystów – ubranych w zimowe mundury Ludowego Wojska Polskiego. To oni, nie żaden generał Jaruzelski czy ubecy, własnoręcznie wprowadzili stan wojenny. To oni – chłopcy z Wejherowa, Oliwy, Sopotu, Nowego Targu i Gorzowa Wielkopolskiego – pacyfikowali zakłady strajkujące, taranowali gąsienicami swoich czołgów bramy hut i stoczni, i samym swoim widokiem terroryzowali polskie miasta. To właśnie ich dziełem był stan wojenny.
To oni – partyjni i bezpartyjni, wierzący i niewierzący z Lublina, Nowego Portu, Nakła i Kutna, miłośnicy Kmicica i pana Wołodyjowskiego ze sławnych filmów Jerzego Hoffmana, kochający Polskę i „Solidarność”, Jana Pawła II i kapitana Klossa, prywatnie przeklinający komunę i niecierpiący sowieckiej Rosji – byli prawdziwymi autorami stanu wojennego, nie żaden generał.
Bez nich generał i wszyscy ubecy razem wzięci byliby niczym.
***
Kiedy 13 grudnia 1981 r. generał Jaruzelski ogłosił stan wojenny, z uchem przytkniętym do radia wsłuchiwałem się w komunikaty Wolnej Europy, Radia RFI, Głosu Ameryki i BBC, modląc się w duchu: „Boże, niech znajdzie z się chociaż jeden oddział polskiego wojska, który odmówi udziału w pacyfikacji strajkujących stoczni, kopalń i hut. Niech chociaż jeden oddział polskich poborowych w mundurach LWP odważy się powiedzieć partyjnej władzy „nie!”. Ale czy tamtego mroźnego grudniowego dnia 1981 r., gdy został ogłoszony stan wojenny w Polsce, znalazł się Warszawie, Gdańsku, Łodzi czy Katowicach chociaż jeden oddział polskich poborowych, który otwarcie powiedział generałowi Jaruzelskiemu „nie!” i nie wyszedł z koszar na ulice polskich miast?
14 grudnia 1981 r. w godzinach porannych poszedłem pod główną bramę Stoczni Gdańskiej. Było zimno, prószył drobny śnieg. Przed bramą, na której wisiały przywiędłe wiązanki goździków, obraz Madonny Częstochowskiej i portret polskiego papieża w złotych ramkach, stało kilkudziesięciu mieszkańców Gdańska. Za bramą zmarznięci stoczniowcy w niebieskich watówkach i żółtych hełmach na głowie. Wszystko więc wyglądało mniej więcej tak samo jak w sławnym sierpniu 1980 r.
Była wszakże jedna drobna różnica.
Po lewej stronie pomnika Poległych Stoczniowców, tuż przy torach tramwajowych, stały trzy czołgi, a przy czołgach polscy poborowi w zimowych mundurach Ludowego Wojska Polskiego. Wszyscy mieli przewieszone przez ramię rosyjskie, świeżo naoliwione pistolety maszynowe AK-47 i z zimna przestępowali z nogi na nogę. Gdy ludzie zbliżali się do czołgów, polski oficer – gruby typ o zaróżowionej twarzy – odpędzał ich gestami dłoni w zielonej rękawicy. „Nie podchodzić! Nie podchodzić do sprzętu!”.
Podszedłem bliżej i stanąłem dwa kroki od niego.
Dobrze pamiętałem, co zdarzyło się w grudniu 1970 r. dokładnie w tym samym miejscu, na ośnieżonym placu przed bramą Stoczni Gdańskiej. Od serii z takich samych pistoletów maszynowych, które teraz były przewieszone przez ramię żołnierzy z poboru, zginęło wtedy parunastu stoczniowców.
A gdy tak stałem przy czołgach, w jakiejś chwili na pancerzu jednego z nich dostrzegłem papierową nalepkę z czerwonym napisem „Solidarność”. „Nareszcie! – odetchnąłem z ulgą. – Nareszcie znalazło się paru polskich żołnierzy, którzy nie ugięli się przed Partią i stanęli po stronie walczącego o wolność narodu!”. Ale zaraz przyszła mi do głowy inna myśl, która napełniła mnie przerażeniem: – Co by się stało, gdyby 13 grudnia 1981 r. na wszystkich czołgach Ludowego Wojska Polskiego, które wyjechały na ulice miast Polski w zimową noc stanu wojennego, pojawiłyby się nalepki z napisem „Solidarność? Co by się stało, gdyby Ludowe Wojsko Polskie w ciągu jednej nocy grudniowej patriotycznie przeszło na stronę narodu?
Potem dowiedziałem się, że trzy czołgi, które stanęły 14 grudnia rano przed bramą stoczni koło pomnika Poległych Stoczniowców, rzeczywiście przeszły na stronę „Solidarności”. Ile jednak takich czołgów w dniach stanu wojennego przeszło na stronę „Solidarności” w całej Polsce?
13 grudnia 1981 r. dziesiątki tysięcy poborowych z Grójca, Szczecinka, Grudziądza, Radomia, Żerania, Ursusa i Białej Podlaskiej wykonały rozkaz generała wzorowo. Partia nie miała wobec nich żadnych zastrzeżeń.
W środku grudniowej nocy wjeżdżali swoimi czołgami do strajkujących zakładów, taranowali stalowym zderzakiem zamknięte bramy Stoczni Gdańskiej i kopalni Wujek, rozjeżdżali gąsienicami ogrodzenia z drucianej siatki i straszyli ludność miast łoskotem transporterów opancerzonych. Nie strzelali jednak do robotników polskich „masowo”. Strzały były sporadyczne, tak jak sporadyczne były ofiary stanu wojennego.
Czy jednak oni nie strzelali do ludzi „masowo”, dlatego że odmówili wykonania takiego rozkazu, czy raczej dlatego, że takiego rozkazu nie dostali? Bo w grudniu 1970 r. – widziałem to na własne oczy – dokładnie tacy sami jak oni polscy poborowi z białymi orzełkami na hełmach wcale nie odmówili wykonania takiego rozkazu. Strzelali do ludzi, i to celnie.
***
Ja sam – jak setki młodych Polaków rezerwistów – dostałem wezwanie na przeszkolenie wojskowe w listopadzie 1981 r., a więc na parę tygodni przed wprowadzeniem stanu wojennego. Gdy tylko znalazłem się w toruńskich koszarach, od razu dostaliśmy rozkaz, żeby całym naszym oddziałem przejechać w pełnym uzbrojeniu przez centrum Torunia, dokładnie przed siedzibą lokalnych władz „Solidarności”, której członkiem zresztą byłem.
Siedziałem w pierwszej ciężarówce trzeciego dywizjonu obok szofera, w żelaznym hełmie obciągniętym siatką maskującą, z pistoletem maszynowych AK-47 na kolanach, z brązową kaburą przy pasie, w której tkwił rosyjski pistolet TT, broń krótka służąca – jak nam objaśniono w koszarach – do dyscyplinowania żołnierzy, ja, polski podchorąży po szkoleniu wojskowym studentów, żołnierz jednej z armii Układu Warszawskiego, późny wnuk podchorążego Piotra Wysockiego.
A gdy tak przejeżdżałem w pierwszej ciężarówce trzeciego dywizjonu przed siedzibą „Solidarności”, pomyślałem, co zrobię, jeśli przez radio dostanę rozkaz, żebym razem z moim dywizjonem ruszył z Torunia dalej, na przykład prosto na pacyfikację gdańskiej stoczni. Bo w grudniu 1970 r. dokładnie takie same dywizjony jak nasz jechały w stronę gdańskiej stoczni, gdzie był strajk. Widziałem to na własne oczy.
Więc i mnie mogło coś takiego spotkać. Co bym zrobił – pytałem siebie, przejeżdżając przed siedzibą „Solidarności” z pistoletem maszynowym AK-47 na kolanach – gdybym dostał przez radio taki rozkaz? I co by na moim miejscu zrobiły setki tysięcy młodych polskich rezerwistów wziętych na „przeszkolenie wojskowe”, gdyby taki rozkaz dostały? Co by zrobiła milcząca większość Polaków, gdyby taki rozkaz dostała?
Z jednostki zostałem zwolniony parę dni przez feralną datą 13 grudnia. Miałem więc szczęście? Tak, można powiedzieć, że miałem szczęście. Ale w grudniu 1970 i w grudniu 1981 r. dziesiątki tysięcy młodych polskich poborowych nie miały takiego szczęścia. Nikt ich z żadnej jednostki nie zwolnił i nie odesłał do domu.
I o tym, co oni robili, co czuli i myśleli, kiedy własnoręcznie pomagali generałowi Jaruzelskiemu wprowadzać stan wojenny w Polsce, przeklinając pod nosem Rosję i komunistów, powinna opowiedzieć książka o Polsce z końca XX w. Ale ta książka powinna także opowiedzieć o tym, jak zachowały się wobec tych tysięcy polskich poborowych, którzy razem z generałem własnoręcznie wprowadzali stan wojenny w Polsce, ich polskie rodziny. Jak wobec tych młodych Polaków w zimowych mundurach Ludowego Wojska Polskiego, którzy swoimi czołgami taranowali bramy strajkujących zakładów i z pistoletami maszynowymi w ręku rewidowali bagażniki cywilnych samochodów w poszukiwaniu bibuły i „wrogów socjalizmu”, jak wobec nich wszystkich zachowały się ich rodziny, ich matki, ich ojcowie, siostry, koledzy i bracia.
Bo ja nie słyszałem, żeby chociaż w jednej polskiej rodzinie ojciec powiedział do syna-żołnierza, który wrócił właśnie z grudniowej pacyfikacji Stoczni Gdańskiej: „Nie podam ci ręki za to, że brałeś udział w tym draństwie”. Nie słyszałem też, żeby jakiś polski ksiądz powiedział z ambony do polskich żołnierzy z poboru, którzy własnoręcznie pacyfikowali huty, kopalnie czy porty: „To, co zrobiliście 13 grudnia 1981 r., było grzechem ciężkim. Powinniście się z tego spowiadać”. Nie słyszałem też, by coś takiego powiedział kiedykolwiek do Polaków prymas Polski czy polski papież. Że udział we wprowadzaniu stanu wojennego w Polsce był w świetle Dekalogu grzechem ciężkim. Ale może oni tego nie powiedzieli po prostu dlatego, że ten udział w świetle Dekalogu nie był żadnym grzechem ciężkim?
***
W roku 1981 – dobrze to pamiętam – cała Polska śpiewała z wisielczym humorem piosenkę: „Wejdą? Nie wejdą?”. Partyjni i bezpartyjni to śpiewali, wierzący i niewierzący, członkowie „Solidarności”, polscy poborowi, oficerowie LWP, milicjanci, ubecy i księża. I prymas Polski, a może i nawet sam papież, też pewnie sobie tę piosenkę nucili pod nosem. Pamiętam, jak jesienią 1981 r. na spotkaniu „Solidarności” na gdańskim uniwersytecie szef organizacji związkowej powiedział nam, że „jak coś się stanie”, to mamy przestawiać drogowskazy, tak jak to robili Czesi w 1968 r. i Węgrzy w 1956 rr, kiedy Armia Czerwona gąsienicami czołgów rozjeżdżała tamte kraje. Więc tego się właśnie mniej więcej wszyscy w roku 1981 spodziewali i nie są do tego potrzebne żadne rosyjskie archiwa. Cały naród polski się tego spodziewał, nie tylko jakiś generał.
Świadomość, że Rosjanie mogą wejść w każdej chwili, była w 1981 r. powszechna. Uważać, że Jaruzelski nie miał tej świadomości, że nie pytał samego siebie: „Wejdą? Nie wejdą?”, że nie pamiętał masakry Budapesztu i śmierci Imre Nagya – szefa komunistycznej partii Węgier, swojego partyjnego kolegi, który w 1956 r. odważył się patriotycznie przejść razem z węgierską armią ludową na stronę walczącego o wolność narodu węgierskiego, po czym na polecenie Rosjan został dość szybko zamordowany – to mieszać naiwność z cynizmem. Pamiętał, i to bardzo dobrze. I „śmiertelny pocałunek” Breżniewa też dobrze znał z fizycznej autopsji. Złudzeń specjalnych co do Rosji nie miał żadnych. Syberię mógł sobie dobrze obejrzeć za młodych lat.
Generał wprowadził stan wojenny najprawdopodobniej ze strachu o siebie i partyjną władzę, ale byłoby prawdziwą ironią losu, gdyby się kiedyś okazało, że to właśnie dzięki niemu wielu z nas nie leży dzisiaj z rosyjską kulą w głowie w zbiorowych grobach pod Warszawą, Gdańskiem, Kutnem czy Skierniewicami, że to właśnie dzięki niemu możemy sobie dzisiaj przy kawie pięknie podyskutować o tym, czy stan wojenny był zbrodnią, czy nie. Bo w 1981 r. do mordowania ludzi z opozycji antykomunistycznej szykowali się nie tylko przerażeni ubecy, którzy potem bez żadnych skrupułów zabili księdza Popiełuszkę, kadrowi oficerowie wojska i milicji. Do zabijania zbuntowanych Polaków szykowała się też bratnia armia NRD, która od sierpnia 1981 r. aż przebierała nogami z ochoty, by wejść do Polski i zrobić porządek z „polską anarchią”.
Czy Jaruzelski nas przed rosyjską rzezią w grudniu 1981 r. ocalił, czy nie ocalił, pewnie nie dowiemy się nigdy. I nic na to nie poradzi żadne Ministerstwo Prawdy, urzędowo ogłaszając obowiązującą wszystkich prawdę o stanie wojennym i karząc grzywną każdego za odmienne zdanie w tej niejasnej sprawie.
***
Prawdziwie ważne pytanie brzmi jednak zupełnie inaczej, ale mało kto ma ochotę je stawiać. Brzmi ono bowiem: Jak zachowałby się każdy z nas w nocy 13 grudnia 1981 r., gdyby znalazł się na miejscu przeklętego generała? „Co za pytanie?! – powie ktoś – Ja nigdy nie znalazłbym się na miejscu tego zbrodniarza, więc dlaczego niby mam się nad tym zastanawiać! To on tam był, nie ja! To on ma wszystko na sumieniu!”.
Ale ja sobie myślę, że takie gadanie to jest łatwy wykręt. Bo pytanie, co powinien zrobić szef niesuwerennej, podległej Rosji Polski w tamtą paskudną, grudniową noc, to jest pytanie najzupełniej poważne, którego nie da się zbyć byle czym. Co szef niesuwerennej Polski, znajdującej się od pół wieku w rękach Rosji, powinien zrobić w tamtą grudniową noc? Przejść z polską armią na stronę „Solidarności”? Wydać rozkaz, żeby ta armia została w koszarach? Rozpocząć walkę z pancernymi oddziałami Armii Czerwonej, które stacjonowały w Legnicy i w Szczecinku? Zarządzić nocną brankę ludzi z „Solidarności” jak Wielopolski w 1863 r.? Zadzwonić do rosyjskiej ambasady i poinformować, że w ramach „porozumienia narodowego” polska partia komunistyczna rezygnuje z władzy na rzecz „prozachodnich sił patriotycznych”? Siedzieć cicho w gmachu Komitetu Centralnego przy Alejach Jerozolimskich i nie robić nic? A może popełnić samobójstwo, bo i o tym generał podobno myślał?
Są to pytania, jak myślę, dość istotne, ale w całej tej niedobrej sprawie jest jeszcze jedno pytanie, po stokroć ważniejsze, bo wychodzi ono poza wszelkie polityczne sprawy. Pytanie to brzmi: Jak na miejscu generała powinien zachować się każdy człowiek, który by chciał tamtej fatalnej nocy kierować się w swoim działaniu moralnymi wskazaniami Dekalogu?
Co Dekalog doradziłby 13 grudnia 1981 r. komuś, kto byłby szefem niesuwerennej, zależnej od Rosji, pojałtańskiej Polski i chciałby się kierować w swoim działaniu mądrością Przykazań? Bo przecież wielu za nas uważa, że zasadami Dekalogu powinni kierować się wszyscy ludzie w każdej sytuacji, także najtrudniejszej. Więc co by Dekalog doradził, co by podpowiedział w takiej sytuacji szefowi niesuwerennej Polski? Powie ktoś: Dekalog mówi wyraźnie: „Nie zabijaj”. Zgoda. Ale pytanie, przed którym stanąłby ktoś, kto by się znalazł na miejscu szefa niesuwerennej Polski tamtej nocy, wcale nie brzmiałoby „Zabijać czy nie zabijać?”. Ono brzmiałoby: „Wprowadzać stan wojenny czy go nie wprowadzać?”. Więc jak na tak właśnie sformułowane pytanie odpowiedziałby Dekalog?
***
Wymagania życia społecznego sprawiają jednak, że wszystkie te subtelności nie mają żadnego praktycznego znaczenia. Bo kiedy „naród domaga się”, żeby kogoś publicznie ukarać, to się go ukarze bez względu na to, jak przedstawiały się fakty i motywy.
Wymagania życia społecznego sprawiają jednak, że wszystkie te subtelności nie mają żadnego praktycznego znaczenia. Bo kiedy „naród domaga się”, żeby kogoś publicznie ukarać, to się go ukarze bez względu na to, jak przedstawiały się fakty i motywy.
Zwykle jednak karze się wodza po to, by nie karać szeregowców, którzy wykonywali jego rozkazy, chociaż bez tych szeregowców wódz byłby nikim.
Zbyt dużo trzeba by zrobić procesów, które i tak nic by nie dały, bo żadnemu szeregowcowi nie udałoby się udowodnić niczego. Karze się wodza, żeby wybielić tysiące i miliony tych, którzy brali udział w niedobrych sprawach, którym wódz przewodził. Stawia się wodza przed sądem, żeby zdjąć cień z tych tysięcy i milionów. A przy okazji zjednać sobie te tysiące i miliony. Trzeba więc mocno i wyraźnie uderzyć w Jedną Osobę albo w Grupę Osób, żeby utrzymać złudzenie, że świat się wyraźnie dzieli na Ablów i Kainów. Że Ablowie – czyli my – jesteśmy czyści jak łza. Że myśmy byli tylko ofiarami przemocy. Że nie miecz był winny, lecz ręka, która ten miecz trzymała. Że Kain nie może pozostać bezkarny.
Tak właśnie zrobiono w 1945 r. w Norymberdze. Postawiono przed sądem i skazano parę osób, żeby reszcie Niemców poprawić moralne samopoczucie i zyskać względy tłumów, które wcześniej brały udział w niedobrych sprawach. Każe się Osobę czy Grupę, żeby cała reszta, która brała udział w niedobrych sprawach, odetchnęła z ulgą. Żeby ta cała reszta mogła wskazać palcem: „To on! To on jest winny! My tylko ulegaliśmy przemocy!”.
Powie ktoś: Nie zamazywać! Stan wojenny wprowadził Kain, który ma na rękach krew niewinnego Abla. Kainem był Jaruzelski i partia, Ablem „Solidarność”, ofiary stanu wojennego i patriotyczna część narodu.
Zgoda. Ale kim byli w świetle tego biblijnego obrazu – Kainami czy Ablami – polscy poborowi, zwykli polscy chłopcy z Garwolina, Gdańska, Otwocka, Sopotu, Lublina i Chełmży, którzy nocą 13 grudnia 1981 r. w zimowych mundurach Ludowego Wojska Polskiego wprowadzali stan wojenny z rosyjskimi pistoletami maszynowymi AK-47 w ręku? Niewinnymi Ablami zmuszonymi do zła czy zbrodniczymi Kainami, a może jeszcze gorzej – wspólnikami Kaina? A ich rodzice, bracia, siostry, wujkowie, znajomi, sąsiedzi, księża, przyjaciele, koledzy, którzy ani razu do nich nie powiedzieli: „Nie podam ci ręki za to, że brałeś udział w tym draństwie”? Którzy martwili się tylko o to, żeby tylko „naszemu synowi nic się w wojsku nie stało, bo w tej Polsce jest tak niespokojnie, i żeby nasz Władek i Józek jak najszybciej wrócił z tego wojska do domu”?
***
Taki to był system.
Dostajesz kartę powołania, jesteś członkiem „Solidarności”, masz zimowy mundur, hełm, wojskowe buty i pistolet maszynowy, po czym wprowadzasz stan wojenny w Polsce.
Co myślisz o „komuchach” prywatnie, nie ma żadnego znaczenia. Ty własnym czołgiem osobiście rozbijasz bramę zakładu strajkującego. Jasne, że starasz się, żeby ofiar było jak najmniej, bo jesteś katolikiem, nie cierpisz „sowietów”, kochasz polskiego papieża i nawet lubisz Lecha Wałęsę. Ale zgodnie z rozkazem rewidujesz ludzi na ulicach, aresztujesz ich, jeśli mają przy sobie ulotki, przetrząsasz bagażniki samochodów w poszukiwaniu antysocjalistycznej bibuły, osoby zaś podejrzane odprowadzasz na komisariat, gdzie niektóre z nich są bite pałkami do nieprzytomności.
I jeszcze na dodatek widzisz, że nie spotyka cię ze strony Polaków żadne specjalne potępienie. Idziesz razem z patrolem zomowców w mundurze Ludowego Wojska Polskiego ulicą polskiego miasta z pistoletem maszynowym AK-47 na ramieniu, a Polacy wcale nie spluwają na twój widok. Wszyscy wiedzą, że jesteś polskim żołnierzem, więc nie masz wyjścia. Wszyscy to rozumieją. Komuna wzięła cię do wojska. Musisz robić to, co ci kazała. Kobiety polskie, które widzą, jak zimową nocą grzejesz swoje zziębnięte dłonie przy rozżarzonym koksowniku, współczują ci. „Ach, Boże! Taki młody i musi tak marznąć na mrozie!”. Nie jesteś w ich oczach żadnym narzędziem komunistycznej przemocy, lecz prawdziwą ofiarą przemocy. Tak jak my wszyscy, tak jak my wszyscy, Polacy. To generał jest podły. On, pachołek Rosji. Ty wprowadzasz stan wojenny, ale sercem jesteś po stronie narodu polskiego, „Solidarności” i polskiego papieża i nie masz nic wspólnego z tym „komuchem”, chociaż stalowym zderzakiem czołgu w grudniową noc rozbijasz bramę strajkującej Stoczni Gdańskiej.
* Stefan Chwin – ur. 1949, pisarz, eseista, historyk literatury, profesor Uniwersytetu Gdańskiego
Źródło: Gazeta Wyborcza
==========================
Sadze, ze pomijajac ten tekst S.Chwina nie da sie napisac nic uczciwego intelektualnie nt 13 grudnia, W.Jaruzelskiego, PRL itd.
!3 grudnia bowiem nie wprowadzil sam W.Jaruzelski, tak jak PRL,u nie zbudowali sami komunisci (ktorych byla garstka).
O tym, ze PRL powstal i trwal bardziej niz Teheran, Poczdam i Jalta przesadzila postwa mieszkancow polskiej wsi… (pisalem o tym w cytacie z mojego ostatniego posta w Salonie24, zamieszczonym pod Pana postem nt 13 grudnia).
Pozdro.