Wuwuzele XV

10 lipca, 2013 | Rodzinnie, Wuwuzele

Jatka od rana. Dantejskie sceny w szpitalu na pobraniu krwi w wykonaniu Wuwuzeli. Jako że jestem ponoć bardziej odporny na krew i „w ogóle”, z każdą Wuwuzelą do zabiegowego wchodziłem ja. Żona zabezpieczała poczekalnię. W zabiegowym, jak sama nazwa wskazuje, dokonują się zabiegi. Za sprawą Wuwuzeli nabrały one niezwykłej otoczki, delikatnie rzecz ujmując. Wrzask rozpoczynał się już od momentu, kiedy na ramieniu Wuwuzeli lądowała opaska uciskowa. Wartość decybeli dramatycznie rosła wraz z poszukiwaniem miejsca do wkłucia. Na zgięciu łokcia nic z tego nie wychodziło, więc pozostawał wierzch dłoni. Moment wkłucia rozpoczynał totalną destrukcję bębenków usznych wszystkich ofiar w promieniu dziesięciu metrów, trwającą do chwili aż ostatnia kropla krwi spłynęła do probówki.

Tradycyjnie na końcu kolejki umieszczana jest Tola. Nie bez przyczyny. Chodzi o to, żeby nie wystraszyła Franka i Ignasia. Jej wrzask ma bowiem wartość niespotykaną, rzec można kolekcjonerską. Otóż, nie atakuje on bębenków za pomocą fali uderzeniowej, lecz się w nie wświdrowuje, a następnie dzięki charakterystycznej dla Toli modulacji obraca w ruinę wszystko, co w uchu napotka. Są to wrażenia trudne do opisania, niemniej realne, świadczące w sumie na korzyść tych, którzy na widok bachorów wieją aż miło.

W poczekalni był kącik dla dzieci. Standard, trzy krzesełka, stolik i klocki. Wszystko ładnie i logicznie poukładane. Na koniec wizyty jedno krzesełko stało na stoliku, drugie na kozetce, a trzeciego w ogóle nie widziałem. Piramida z klocków, którą zastały Wuwuzele pozostała jedynie mglistym wspomnieniem. Klocki trzeba było wyciągać z przeróżnych miejsc. Na szczęście udało się je skompletować. Przypominam, za poczekalnię odpowiadała żona.

Czekający tam ludzie taktownie się uśmiechali…

Co ciekawe,na koniec każda Wuwuzela wyszła ze szpitala z nalepką „Dzielny pacjent”. Nalepek „Dzielny rodzic”, niestety, nie przewidziano.