Co tam panie w Ameryce?
Niespecjalnie ekscytowałem się wyborami w USA. Z prostego powodu – od czasów Reagana żaden kandydat nie przykuł mojego zainteresowania na tyle mocno, by wzbudzić we mnie sympatię. Wybory wygrał zgodnie z przewidywaniami Barack Obama. Na jego sukces przez dwie kadencje uparcie pracował George Bush, który – co tu dużo pisać – republikańskim orłem nie był. Obamie sprzyjał również Mc Caine, który – z całym szacunkiem dla niego – przypominał raczej robota kuchennego przed recyklingiem, aniżeli pewnego siebie kowboja, który mógłby uwieść amerykańską prowincję, która dotychczas przesądzała o sukcesie republikanów.
Nie pomogło też liczenie na to, że bali wyborcy odkładając na bok poprawność polityczną, przesądzą o porażce czarnego kandydata już przy samej urnie. Białym Obama wcale nie przeszkadzał. Mamy zatem pierwszego w historii czarnoskórego prezydenta USA, który poprowadził demokratów do zwycięstwa także w kongresie i senacie. To zwycięstwo oznacza, że w Ameryce kończy się era neokonserwatyzmu, a nadchodzi era zdecydowanie liberalna społecznie, z tradycyjnymi już znakami rozpoznawczymi w postaci tolerancjonizmu, aborcji czy „małżeństw” homoseksualnych. Tęczowa międzynarodoówka właśnie zaciera ręce.
Lewicowy prezydent USA to dla Polski problem i poważne perturbacje. Dotychczasowa polityka serwilizmu, bezrefleksyjnego angażowania się w konflikty międzynarodowe made in USA bez wymiernego, ekonomicznego i politycznego efektu, zostawia nas z tak zwaną ręką w nocniku. Ma zatem polska dyplomacja niezwykle trudne zadanie, ale i okazję, by na nowo zdefiniować nasze relacje z USA, których zażyłość wyraźnie teraz opadnie. Zadanie trudne także dlatego, że konflikt na linii prezydent – premier skutecznie naszą politykę międzynarodową dezorganizuje, by nie rzec kompromituje.
Zwycięstwo Obamy oznacza, że dla USA Polska stanie się krajem jeszcze bardziej peryferyjnym, istotnym wprawdzie militarnie, ale politycznie marginalnym i niestety uciążliwym. Nasz permanentny konflikt z Rosją i brak jednoznacznie zdefiniowanej polityki w sprawie Unii Europejskiej, a także „zadyma” wywołana w Gruzji przez Lecha Kaczyńskiego, która poza wzmocnieniem Rosji nic nam nie dała, stawiają nas na arenie międzynarodowej w roli małego Dyzia, który z wystającą procą z przykrótkich portek, co rusz stara się wywoływać burdy na podwórku, na dodatek nie swoim.
Trzeba stwierdzić wyraźnie – zapłacimy rachunek za dotychczasowe żyrowanie neokonserwatywnych pomysłów wojennych i tylko od zmyślności naszej dyplomacji zależy, czy jego cena nie będzie za wysoka. Obawiam się, że Polska znalazła się w dyplomatycznej próżni, ponad którą doskonałe stosunki zadzierzgać będą Rosja-UE i USA-UE, bo taki wydaje się najbardziej logiczny scenariusz. Dokona się to w atmosferze konieczności ustalenia nowego światowego porządku finansowego, rewizji metod walki z terroryzmem czy ograniczania tzw. efektu cieplarnianego. Wybór Obamy znacznie to ułatwi.
A my? A my na moment wczujmy się w myśli Baracka Obamy i zadajmy sobie jedno pytanie – Polska. Co nam podpowiada wyobraźnia? Ano właśnie.
Komentarze
Komentarz od Maciej Eckardt
Data 5 listopada 2008, 20:11
arka :
Czy w wieku 20 lat nie jest się świadomym tego, co sie dzieje w świecie. To chyba nie jest niemożliwe. Reagan był symbolem walki z komuną i ztej racji budził sympatię. A z perspektywy wychodzi jasno, że był wyjątkowy. I faktem jest, że od tego czasu żaden prezydent USA mnie nie zachwycił. Ot, taki klimatyczno-wspomnieniowy akcent.
Komentarz od tomasz
Data 5 listopada 2008, 22:22
No niestety… z tą naszą polityką to ma Pan rację.
Mam tylko pytanie: Czy to my jesteśmy tak nieporadni, czy też takie sms-y dostają nasi politycy, i tak robią.(To słowo „robią” jest b.na miejscu)
tomasz.
Komentarz od alek
Data 7 listopada 2008, 19:08
Obamam










Komentarz od arka
Data 5 listopada 2008, 18:11
Panie Macieju.Szczyt hipokryzji jak można pisać „iż od czasów Raegana nikt pózniej nie przykuł Pana zainteresowania” Powiem po chłopsku, Pan wtedy miał raptem ze około 20 lat i doskonale wiem że politykę a już w ogóle USA miał Pan gdzieś.Wtedy próbował Pan kończyć LO gdzieś w terenie naszego pieknego woj.