<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Maciej Eckardt &#187; muzyka</title>
	<atom:link href="http://www.eckardt.pl/category/muzyka/feed" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://www.eckardt.pl</link>
	<description>Maciej Eckardt strona nieoficjalna - Cywilizacja, Gospodarka, Historia, Kultura, Polityka, Religia, Samorząd, Bydgoszcz</description>
	<lastBuildDate>Tue, 24 Jan 2012 21:03:25 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.0.1</generator>
		<item>
		<title>Wysocki zaśpiewany na nowo</title>
		<link>http://www.eckardt.pl/wysocki-zaspiewany-na-nowo.html</link>
		<comments>http://www.eckardt.pl/wysocki-zaspiewany-na-nowo.html#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 22 May 2011 20:09:18 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Maciej Eckardt</dc:creator>
				<category><![CDATA[Postacie]]></category>
		<category><![CDATA[muzyka]]></category>
		<category><![CDATA[Maleńczuk]]></category>
		<category><![CDATA[Wysocki]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.eckardt.pl/?p=5161</guid>
		<description><![CDATA[– Alkohol nie zabił Wysockiego, zabiła go w 1980 roku olimpiada. Moskwę wyczyszczono wtedy z dilerów, a problemem Wysockiego nie był alkohol, tylko morfina. To nie sprawa alkoholu&#8230; Zresztą, czy w Rosji kiedyś zabrakło wódy? Wołodia odkrył najlepszy sposób na kaca – opiaty. Gdyby dostał to, czego wtedy potrzebował, żyłby do dziś – stwierdził w [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a rel="attachment wp-att-5163" href="http://www.eckardt.pl/wysocki-zaspiewany-na-nowo.html/wysocki-malenczuk-2"><img class="alignleft size-medium wp-image-5163" title="wysocki-maleńczuk" src="http://www.eckardt.pl/wp-content/uploads/2011/05/wysocki-maleńczuk1-437x392.jpg" alt="" width="126" height="113" /></a>– Alkohol nie zabił Wysockiego, zabiła go w 1980 roku olimpiada. Moskwę wyczyszczono wtedy z dilerów, a problemem Wysockiego nie był alkohol, tylko morfina. To nie sprawa alkoholu&#8230; Zresztą, czy w Rosji kiedyś zabrakło wódy? Wołodia odkrył najlepszy sposób na kaca – opiaty. Gdyby dostał to, czego wtedy potrzebował, żyłby do dziś – stwierdził w rozmowie z „Gazetą Wyborczą” Maciej Mleńczuk, a propos pracy nad płytą z piosenkami Wysockiego.<span id="more-5161"></span></p>
<p>Pod względem zamiłowania do używek i alkoholu Maleńczuk niewiele odbiega od Wysockiego. Nie czyni zresztą z tego tajemnicy, bo też i nikt by nie uwierzył, patrząc na Maleńczuka, że to chodząca abstynencja. Obaj interesujący i skandalizujący. Chropowaci w ocenie świata, nie stroniący od niewybrednych komentarzy, trudni do przewidzenia, zwłaszcza po używkach. Jednym słowem oryginały. I właśnie jeden z tych oryginałów, zafascynowany drugim – bardziej jako tekściarzem niż muzykiem – wydał chyba najciekawszą, a kto wie, czy nie najlepszą płytę w swoim dorobku.</p>
<p>„Wysocki Maleńczuka”, to najbardziej urocza płyta, jakiej ostatnio słuchałem. Oryginalne aranżacje w nowych tłumaczeniach Maleńczuka, dały nadspodziewanie interesujący efekt. Wysocki brzmi ożywczo, zarówno w klimacie rock &amp; rolla, punka, bluegrassu czy dansingu. Kto nie wierzy, niech sięgnie po płytę. „Wchodzi” od pierwszych brzmień. „Czerwone zielone”, „Straszny dom”, „Bokser”, „Gips”, „Moskwa Odessa”, „Manekiny” – prima sort. Maleńczuk swobodny i rześki, czujący klimat, wprost gryzący temat. Teksty malownicze, muza zacna, całość dopieszczona. To naprawdę świetna płyta, ale nie dla ortodoksyjnych fanów Wysockiego.</p>
<p>„Wysocki Maleńczuka”, Maciej Maleńczuk z Zespołem Psychodancing, Warner Music Polska 2011</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.eckardt.pl/wysocki-zaspiewany-na-nowo.html/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Mann w pigułce</title>
		<link>http://www.eckardt.pl/mann-w-pigulce.html</link>
		<comments>http://www.eckardt.pl/mann-w-pigulce.html#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 23 Nov 2010 15:03:51 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Maciej Eckardt</dc:creator>
				<category><![CDATA[Postacie]]></category>
		<category><![CDATA[muzyka]]></category>
		<category><![CDATA[Mann]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.eckardt.pl/?p=3868</guid>
		<description><![CDATA[„Rock Mann, czyli jak nie zostałem saksofonistą” przeczytałem w jeden wieczór. Znany radiowiec, konferansjer i satyryk, odsłonił kulisy swojej największej zawodowej pasji – muzyki. Wojciech Mann, bo o nim mowa, to rzadko spotykany typ gawędziarski. Rzadko, gdyż talent gawędziarski udało mu się nacechować lapidarnością, która sprawia, że dowcip, którym okrasza swoje „gawędy”, zyskuje zaskakujący wydźwięk i puentę. Mało jest [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a rel="attachment wp-att-3869" href="http://www.eckardt.pl/mann-w-pigulce.html/rockmann"></a><a rel="attachment wp-att-3870" href="http://www.eckardt.pl/mann-w-pigulce.html/rockmann-2"><img class="alignleft size-medium wp-image-3870" title="rockmann" src="http://www.eckardt.pl/wp-content/uploads/2010/11/rockmann1-301x392.jpg" alt="" width="146" height="185" /></a>„Rock Mann, czyli jak nie zostałem saksofonistą” przeczytałem w jeden wieczór. Znany radiowiec, konferansjer i satyryk, odsłonił kulisy swojej największej zawodowej pasji – muzyki. Wojciech Mann, bo o nim mowa, to rzadko spotykany typ gawędziarski. Rzadko, gdyż talent gawędziarski udało mu się nacechować lapidarnością, która sprawia, że dowcip, którym okrasza swoje „gawędy”, zyskuje zaskakujący wydźwięk i puentę. Mało jest osób w Polsce, które byłby w stanie dorównać mu wiedzą w zakresie muzyki rozrywkowej. Odkrywał przed słuchaczami świat bluesa, rocka i jazzu w czasach, kiedy muzyka płynąca z Zachodu, była towarem wysoce deficytowym i podejrzanym. Dzięki Mannowi, Polacy mieli z nią kontakt.</p>
<p>W swojej książce wydobywa spod kurzu niepamięci wykonawców, których się już w radio nie gra. Przywołuje anegdoty i raczy smaczkami z ich pobytu w Polsce Ludowej. Z dowcipem wspomina stare gramofony i winylowe płyty, których podłą żywotność – celem dalszej odsprzedaży – reanimował w sposób dla dzisiejszego użytkownika CD i pendrivów nadzwyczaj egzotyczny:<span id="more-3868"></span></p>
<blockquote><p>„… płyty ostro zgrane nabywały charakterystycznego białawego koloru. W celu uzyskania gwarantującej zainteresowanie kupującego połyskliwej czerni należało część grającą nasmarować czymś tłustym. Nie mogły to być mazie koloryzujące ani silnie zapachowe, gdyż były łatwe do zdemaskowania. Wchodziły w grę bezbarwne wazeliny, a także, w skrajnych wypadkach, masło lub smalec. Po dokładnym rozprowadzeniu powierzchnia płyty błyszczała jak psu oczy i robiła wrażenie nieużywanej.”</p></blockquote>
<p>I dalej:</p>
<blockquote><p>„Lśniący album mógł zwieść amatora, ale ci bardziej dociekliwi chcieli jeszcze posłuchać, czy płyta dobrze gra. Był sposób pozwalający na jednorazowe w miarę przyzwoite jej odtworzenie. Otóż na moment przed położeniem płyty na talerzu gramofonu należało lekko pociągnąć jej powierzchnię wodą. W jakiś magiczny sposób ha dwa o eliminowało szumy i trzaski, tworząc złudzenie, że mamy do czynienia z prawie nówką.</p>
<p>Doskonale pamiętam inny, też przejściowo należący do mnie, longplay Pata Boone’a, który był w tak złym stanie, że po umieszczeniu ramienia gramofonu na brzegu ramię owo zjeżdżało natychmiast do nalepki, nie odtwarzając ani jednej nutki. Z dumą mogę powiedzieć, że sprzedałem tę płytę, a nabywca dzięki niektórym wyżej wspomnianym zabiegom wysłuchał z zachwytem wszystkich nagranych na niej piosenek pierwszy i ostatni raz w życiu”.</p></blockquote>
<p>Nie sposób też nie uśmiechnąć się, kiedy Mann tak oto wspomina swój pobyt na scenie wraz ze Steve&#8217;m Wanderem:</p>
<blockquote><p>„Wonder zażyczył sobie, abym to właśnie ja był przy nim w trakcie miniceremonii (przekazanie czeku na rzecz dzieci niepełnosprawnych – przyp. moje), jako tłumacz i wsparcie topograficzne. W odpowiednim momencie koncert został przerwany, a na scenie pojawili się właściwi oficjele i bardzo zawodowo odbyliśmy proces przekazywania wspomnianego czeku. Zadowolony, że wszystko poszło gładko, powiedziałem po cichu Wonderowi, że zostawiam go na drugą część koncertu. I tu niespodzianka. Przebiegły Negr ani myślał puścić mnie od siebie. Trzymając mnie bardzo mocno (a siłę miał niebagatelną), powiedział do mikrofonu, że chciałby teraz dla publiczności i dla tych obdarowanych wykonać swój wielki przebój &#8222;<em>I Just Called to Say I Love You&#8221;</em>. Żeby podkreślić swoją sympatię do wszystkich i wszystkiego dookoła, wykona ją razem ze swoim przyjacielem Wojtkiem. Zaczęły mi latać ciemne płaty przed oczami, bo nie śpiewam nawet w okolicznościach kameralnych wobec ludzi bardzo dyskretnych, a co dopiero z Wonderem dla wielotysięcznej publiczności. Próbowałem upartemu gwiazdorowi coś mówić, że zostawiłem zupę na ogniu, ale ten nadal mnie trzymał mocno i całkowicie przestał rozumieć, co mówię. Nie miałem wyjścia. Wonder śpiewał, ja buczałem jak najciszej, a gwiazda, niezadowolona, dźgała mnie łokciem w bok i teatralnym szeptem mówiła: Głośniej, Wojtek, głośniej”.</p></blockquote>
<p>Dodać trzeba, że „Rock Mann” wydany jest bardzo starannie. Zawiera liczne fotografie i dokumentalne ciekawostki. To doskonała pozycja dla tych, którzy chcą zajrzeć za kulisy i powspominać siermiężny, acz niezwykle ciekawy muzycznie czas PRL-u. To książka lekka i sympatyczna, choć zawiodą się ci, którzy liczą na wiwisekcję autora. Wprawdzie go poznajemy, ale tylko tyle, ile uzna on za stosowne. I dlatego „Rock Mann” pozostawia niedosyt. Po prostu chciałby się więcej i więcej, bo i postać nietuzinkowa, i czas intrygujący, i kulisy wydarzeń, których autor odsłonił jedynie rąbek. Aż prosi się, by powstał „Rock Mann II”. Miejmy nadzieję, że sukces wydawniczy skłoni autora do rozważenia takiej propozycji.</p>
<p>„Rock Mann, czyli jak nie zostałem saksofonistą”, Wojciech Mann, Wydawnictwo Znak, Kraków 2010, s. 200.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.eckardt.pl/mann-w-pigulce.html/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Hołownia liryczny</title>
		<link>http://www.eckardt.pl/holownia-liryczny.html</link>
		<comments>http://www.eckardt.pl/holownia-liryczny.html#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 12 Sep 2010 21:15:26 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Maciej Eckardt</dc:creator>
				<category><![CDATA[muzyka]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.eckardt.pl/?p=3391</guid>
		<description><![CDATA[Napisał, że jego muzyka jest opowieścią przychodzącą do nas ze świata, gdzie króluje piękno, dobro, subtelność i miłość. Że dla duchowej strony życia jest ona wspaniałym lekarstwem… To Bogdan Hołownia o Jerzym Wasowskim. Słucham właśnie jednej z dwóch płyt, które mi podarował w piątek. Na pożegnanie po koncercie w klubie Eljazz, gdzie razem z Marcinem [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Napisał, że jego muzyka jest opowieścią przychodzącą do nas ze świata, gdzie króluje piękno, dobro, subtelność i miłość. Że dla duchowej strony życia jest ona wspaniałym lekarstwem… To Bogdan Hołownia o Jerzym Wasowskim. Słucham właśnie jednej z dwóch płyt, które mi podarował w piątek. Na pożegnanie po koncercie w klubie Eljazz, gdzie razem z Marcinem Gawdzisem (trąbka), Adamem Wendtem (saksofon), Andrzejem „Bruner” Gulczyńskim (kontrabas) i Józefem Eliaszem (perkusja), dali niespotykany koncert z okazji… zlotu fanów „Gwiezdnych wojen”. Usłyszeć w ich wykonaniu, specjalnie przygotowany „Marsz Imperium”, czy „Cantina band”, to była naprawdę nielicha gratka.<span id="more-3391"></span></p>
<p>Kameralny koncert orbitujący tematyką wokół gwiazd… z gwiazdami w roli głównej. Siedzę teraz i słucham jednej z gwiazd wieczoru… Delikatna, liryczna nastrojowa płyta. To Bogdan Hołownia gra utwory Jerzego Wasowskiego. Spod klawiatury wyczarowuje kojącą, nostalgiczną muzykę. Nostalgiczną za czym? No właśnie… Kto wie, czy nie za doskonałością, bo jak sam wielokrotnie powtarza, piosenki Wasowskiego, to doskonałość osadzona na „niebotycznej wysokości”. Czuć fascynację mistrzem, ale bez klasycznego dystansu uczeń-mistrz. Tutaj jest harmonia, zaproszenie i współbrzmienie. Oni na tej płycie grają razem.</p>
<p><a rel="attachment wp-att-3392" href="http://www.eckardt.pl/holownia-liryczny.html/zmierzch_big1"><img class="alignleft size-thumbnail wp-image-3392" title="zmierzch_big[1]" src="http://www.eckardt.pl/wp-content/uploads/2010/09/zmierzch_big1-80x80.jpg" alt="" width="80" height="80" /></a></p>
<p>„Zmierzch” <br />
Bogdan Hołownia gra utwory Jerzego Wasowskiego.<br />
HoBo Records Toruń 2008</p>
<p><a rel="attachment wp-att-3392" href="http://www.eckardt.pl/holownia-liryczny.html/zmierzch_big1"></a></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.eckardt.pl/holownia-liryczny.html/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Muzyka nienazwana</title>
		<link>http://www.eckardt.pl/muzyka-wymiarow-nieznanych.html</link>
		<comments>http://www.eckardt.pl/muzyka-wymiarow-nieznanych.html#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 06 Dec 2009 21:50:15 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Maciej Eckardt</dc:creator>
				<category><![CDATA[muzyka]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.eckardt.pl/?p=2017</guid>
		<description><![CDATA[Wieczór nastrojowy. Muzyka z pogranicza innych wymiarów wypełnia półmrok pokoju. Album „Silence, Night &#38; Dreams” Zbigniewa Preisnera przenosi w świat niczym nie zmąconej przestrzeni. Za sprawą wokalu Teresy Salgueiro, znanej z zespołu Madredeus, płyniemy do lądów nieznanych, klimatów ulotnych, które gdzieś tam w człowieku tkwią, ożywając w sytuacjach szczególnych. Kojeni dźwiękiem smyczków, fortepianu, elektrycznej wiolonczeli, wibrafonu, [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Wieczór nastrojowy. Muzyka z pogranicza innych wymiarów wypełnia półmrok pokoju. Album „Silence, Night &amp; Dreams” Zbigniewa Preisnera przenosi w świat niczym nie zmąconej przestrzeni. Za sprawą wokalu Teresy Salgueiro, znanej z zespołu Madredeus, płyniemy do lądów nieznanych, klimatów ulotnych, które gdzieś tam w człowieku tkwią, ożywając w sytuacjach szczególnych. Kojeni dźwiękiem smyczków, fortepianu, elektrycznej wiolonczeli, wibrafonu, gitary, ale przede wszystkim chóru i orkiestry, zmierzamy do krainy łagodności, która czeka na nas, jeśli nie u kresu życia, to z pewnością na pograniczu ciszy, nocy i snów, co sugeruje tytuł albumu.</p>
<p><span id="more-2017"></span>Album Preisnera nie jest ilustracją muzyczną do filmu, jak nas do tej pory przyzwyczaił kompozytor. To samodzielna płyta (nie nowa, bo powstała w 2007 roku), która jest dziełem na orkiestrę, chór i solistów. Świdruje duszę w najdalszych jej zakątkach, unosi ją ponad doczesność, wyrywa z szumu codzienności, omijając jakże powszednie „tu i teraz”. Mamy tu swoistą biblijną kontemplację, bo teksty pojawiające się w albumie, to Księgi Hioba i Ewangelia św. Mateusza. Niesamowitości dziełu dodaje fakt, że Teresa Salgueiro śpiewa po… łacinie.</p>
<p>„Silence, Night &amp; Dreams” zabiera nas tam, gdzie czas biegnie innym rytmem, a cisza delikatnie muska paletą barw jakby spoza świata dźwięków, który znamy. Uchyla bram wymiarów, które jedynie przeczuwamy, do których podświadomie tęsknimi… Płyta osadza w miejscu, zmusza do zastanowienia się nad sobą, nad tym, co tak naprawdę jest dla nas ważne. Czy rzeczywiście warto biec za prozaiczną doczesnością, czy nie lepiej sięgnąć pod taflę powszedniości i zanurzyć się w bezkresie znaczeń, refleksji, zagłębić w ciszę, noc i &#8230;śnić? Choćby na chwilę.</p>
<p><em>Prolog Krzysztofa Piesiewicza</em></p>
<p>Daj zrozumieć siebie,<br />
I zrozumieć czas,<br />
Poczuć pozwól dotyk,<br />
Bliskość, która w nas</p>
<p>Milczy jak zaklęta,<br />
Odliczając dni,<br />
Zostawiając tylko,<br />
Ciszę, noc i sny.</p>
<p>Zbigniew Preisner &#8222;Silence, Night &amp; Dreams&#8221;, Emi Classics, 2007</p>
<p><img class="aligncenter size-thumbnail wp-image-2019" title="13821911" src="http://www.eckardt.pl/wp-content/uploads/2009/12/13821911-150x150.jpg" alt="13821911" width="150" height="150" /></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.eckardt.pl/muzyka-wymiarow-nieznanych.html/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Nostalgiczna Renata Przemyk</title>
		<link>http://www.eckardt.pl/nostalgiczna-renata-przemyk.html</link>
		<comments>http://www.eckardt.pl/nostalgiczna-renata-przemyk.html#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 26 Nov 2009 20:43:09 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Maciej Eckardt</dc:creator>
				<category><![CDATA[muzyka]]></category>
		<category><![CDATA[Przemyk]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.eckardt.pl/?p=1980</guid>
		<description><![CDATA[Z głośników sączy się monotonny i nostalgiczny głos Renaty Przemyk. Najnowsza jej płyta „Odjazd” jest… no właśnie. Trudno do końca powiedzieć. Urzeka i drażni. Ale jest to drażnienie na swój sposób miłe. Artystka prowadzi nas w klimaty tęsknoty i nostalgii, podbudowanej odwiecznymi pytaniami o Sacrum, upływ czasu i sens miłości, które człowiekowi nigdy nie dawały [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p class="MsoNormal" style="margin: 0cm 0cm 10pt;">Z głośników sączy się monotonny i nostalgiczny głos Renaty Przemyk. Najnowsza jej płyta „Odjazd” jest… no właśnie. Trudno do końca powiedzieć. Urzeka i drażni. Ale jest to drażnienie na swój sposób miłe. Artystka prowadzi nas w klimaty tęsknoty i nostalgii, podbudowanej odwiecznymi pytaniami o Sacrum, upływ czasu i sens miłości, które człowiekowi nigdy nie dawały spokoju. Nie dają go też Renacie Przemyk, która immunizowała się wszelkie mody i pogoń za nowością, drążąc egzystencjalne pytania w charakterystyczny dla siebie sposób.</p>
<p class="MsoNormal" style="margin: 0cm 0cm 10pt;"><span id="more-1980"></span>Jej najnowsza płyta, to ociosywanie słowa za pomocą specyficznej mantry, w której pobrzmiewa klimat czegoś nienazwanego, sięgającego korzeniami w przysypaną kurzem niepamięci ludową bezpośredniość, czy klezmerski naturalizm. Dysputę o sprawach ważnych Przemyk wzmacnia intrygującym ornamentem dźwięków. Tłem dla jej słów są: fortepian, gitara akustyczna, bębny, dzwonki, akordeon, wiolonczela czy tuba. A kiedy trzeba, także śpiew na głosy, przenoszący w klimat tkliwych nadniemeńskich pieśni („Polska biel”).</p>
<p class="MsoNormal" style="margin: 0cm 0cm 10pt;">Mam kłopot z tą płytą (w zasadzie dwiema, bo to dwupłytowe wydanie), bo im dłużej jej słucham, tym bardziej chcę się w nią zagłębić. Cholernie melancholijny klimat świdruje szczególnie mocno w listopadowy późny wieczór, kiedy to piszę: <em>wszystko na świecie jest możliwe/wszystko się zmienia z dnia na dzień/jedynie moje życie nie powinno/nawet wrogowi zdarzyć się</em> („Profan). Czy: <em>niech mnie ktoś obudzi/i zatrzyma czas/przerwie sen wariata/koszmar co odwiecznie trwa</em> („Niech mnie ktoś obudzi”).</p>
<p class="MsoNormal" style="margin: 0cm 0cm 10pt;">Renata Przemyk ma zagorzałych fanów, którzy uwielbiają ją za to, że nie płynie ona głównym nurtem muzycznym. Że daje im czas, spowalnia, syci „niespiesznością”, tak jakby rytm jej piosenek wyznaczał spokojny i naturalny porządek świata. Świata, który nigdzie się nie spieszy, dając wydarzyć się wszystkiemu w takim, a nie innym tempie, i zawsze do końca. Z majestatem i nieuchronnością. Tchnie z tego jakiś fatalistyczny egzystencjalizm, ale taką <em>licentia poetica</em> obdarza nas właśnie Renata Przemyk.</p>
<p class="MsoNormal" style="margin: 0cm 0cm 10pt;">Jest ciągle sobą, nieczułą na modę pieśniarką, konsekwentnie opowiadającą nam o tym, co ważne i warte zastanowienia. Bawi się słowem i jego brzmieniem. Pokazuje, że znalazła swój świat, do którego nas zaprasza, nie obiecując nieziemskich wrażeń. Stawia na prostotę i swoisty minimalizm, zza którego wygląda jednak przestrzeń wcale nie jednowymiarowa. Pełna znaczeń i pytań, tęsknot i niespełnień, dużej dawki smutku, ale nie beznadziei. Ta płyta wciąga. Jak bluszcz oplata nostalgicznymi pytaniami, na które próżno szukać łatwych odpowiedzi. I jest to naprawdę dobra płyta.</p>
<p class="MsoNormal" style="margin: 0cm 0cm 10pt;"><a href="http://wp.tv/i,Renata-Przemyk-Odjazd,mid,455096,klip.html?ticaid=692ce">Tutaj</a> możesz zobaczyć i usłyszeć tytułowy utwór</p>
<p class="MsoNormal" style="margin: 0cm 0cm 10pt;">Renata Przemyk, „Odjazd”, QI Music 2009</p>
<p class="MsoNormal" style="margin: 0cm 0cm 10pt;"><img class="aligncenter size-thumbnail wp-image-1985" title="przemyk2" src="http://www.eckardt.pl/wp-content/uploads/2009/11/przemyk2-150x150.jpg" alt="przemyk2" width="150" height="150" /></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.eckardt.pl/nostalgiczna-renata-przemyk.html/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Gintrowski &#8211; pieśniarz smaku</title>
		<link>http://www.eckardt.pl/gintrowski-piesniarz-smaku.html</link>
		<comments>http://www.eckardt.pl/gintrowski-piesniarz-smaku.html#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 17 Nov 2009 20:53:35 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Maciej Eckardt</dc:creator>
				<category><![CDATA[muzyka]]></category>
		<category><![CDATA[Gintrowski]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.eckardt.pl/?p=1932</guid>
		<description><![CDATA[Wieczór z Przemysławem Gintrowskim. Jego najnowsza płyta „Kanapka z człowiekiem i trzy zapomniane piosenki” smakuje wybornie. Przy szklaneczce wina słucham pieśniarza, którego znam i cenię od lat. Charakterystyczny tembr głosu, którym urzeka od zawsze, wciąż brzmi tak samo świeżo. Płyta to trochę dziwna, bo stare spotyka się z nowym. Znajdujemy na niej to, co już [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Wieczór z Przemysławem Gintrowskim. Jego najnowsza płyta „Kanapka z człowiekiem i trzy zapomniane piosenki” smakuje wybornie. Przy szklaneczce wina słucham pieśniarza, którego znam i cenię od lat. Charakterystyczny tembr głosu, którym urzeka od zawsze, wciąż brzmi tak samo świeżo. Płyta to trochę dziwna, bo stare spotyka się z nowym. Znajdujemy na niej to, co już znamy, czyli „Autoportret Witkacego”, „A my nie chcemy uciekać stąd”’ czy „Powrót” &#8211; do słów Jacka Kaczmarskiego.</p>
<p><span id="more-1932"></span>Zaśpiewane dzisiaj, w trochę zmienionej aranżacji, emanują cały czas siłą i klimatem, do którego przyzwyczaił nas Gintrowski. Tradycyjnie już nie oszczędza gardła, „wypluwając” z siebie emocje, zwłaszcza w „Autoportrecie Witkacego”. „Powrót” z kolei, w ciekawej aranżacji, a właściwie jeszcze bardziej wysublimowanej ornamentyce, przenosi nas w świat tej nienazwanej tęsknoty, szarpiąc duszę owym „czymś”, czego do końca nie potrafimy nazwać. Nie bez przyczyny właśnie „Powrót” był najbardziej ulubioną pieśnią ks. Jerzego Popiełuszki, o którą prosił za każdym razem Gintrowskiego.</p>
<p>Ale płyta nie mogła by być nazwaną „nową”, gdyby nie znalazły się na niej piosenki nowe lub szerzej nieznane. Takie właśnie są „Zapałki”, jakże celnie punktujące nas samych i świat, w którym żyjemy:</p>
<blockquote><p>byłem jak strumień gdzieś pod lasem<br />
z którego sarna pije<br />
zatruli źródło żółci kwasem<br />
i teraz rynsztok we mnie płynie</p></blockquote>
<blockquote><p>to kraj, gdzie pamięć długo płonie<br />
jak zaduszkowe świece<br />
gdzie co ma latać w ziemi tonie<br />
bo takie ciężkie jest powietrze</p></blockquote>
<blockquote><p>tu miłość wielką jest zagadką<br />
ból walczy z pożądaniem<br />
czy ma być siostrą, czy kochanką<br />
czy do konsumpcji szybkim daniem</p>
<p>to kraj bez końca, bez początku<br />
jak rozdział z ksiąg wyrwany<br />
tutaj w historii tyle wątków<br />
i finał taki pogmatwany</p>
<p>nie widać nic<br />
nie słychać nic<br />
nie wraca nikt<br />
z krainy gdzie zachodzi słońce<br />
czy nakryć stół<br />
czy kopać dół<br />
czy żegnać się<br />
czy koniec to czy też początek</p></blockquote>
<p>Co chce nam Gintrowski powiedzieć, kiedy wyśpiewuje powyższe słowa? Na to pytanie musimy sobie odpowiedzieć sami. Jedno jest pewne, swoją nową płytą daje nam kolejną porcję rozważań o życiu, historii, o nas samych… Przy okazji udowadnia, że „pieśniarstwo” w jego wykonaniu ma się całkiem nieźle, a sam fakt, że na końcu płyty raczy nas „I’m Your Man” z repertuaru Leonarda Cohena, pokazuje, że potrafi do słuchacza także mrugnąć okiem. Ma Gintrowski dar nadawania tekstom charakterystycznej dla siebie energii i dramaturgii, co zapewne było powodem tego, że Zbigniew Herbert żartobliwie powtarzał, że on jest jedynie tekściarzem Gintrowskiego.</p>
<p>Pamiętam czasy, kiedy słuchałem Gintrowskiego na zdezelowanym „Kasprzaku”, kiedy w oficjalnym obiegu Gintrowski nie istniał, bo ze zrozumiałych względów komuna na nim nie przepadała. Na zawsze zapamiętam go w niezwykłym trio razem z Kaczmarskim i Łapińskim, które wywoływało dreszcz emocji w nieśmiertelnym repertuarze „Murów” i „Raju”. Do dzisiaj mam „zajeżdżone” kasety z tamtych lat, przy których padła niejedna butelka wina. Gintrowski, to część mojej młodości i identyfikacji z czymś, co dawało (i wciąż daje) posmak wolności oraz niezgody na konformizm i jednowymiarowość.</p>
<p>Gintrowski wciąż jest taki sam. Nie tylko w warstwie twórczej, ale także prezentowanego oglądu świata. Ma swoje zdanie i nie boi się go wypowiadać. Jest niepoprawny w najlepszym tego słowa znaczeniu, co sprawia, że nie ma go w oficjalnych „przekaziorach”. Wybrał bycie sobą. Nie ma parcia na szkło, bo nie ma ono dla niego wartości dodanej. Wdzięczenie się do współczesnego świata pozostawia innym. Chadza swoimi ścieżkami, tymi, którymi chadzał Herbert, do którego wciąż nawiązuje w swojej twórczości. Nie bez kozery, bo Gintrowski, to kwestia… smaku. I ja go smakować lubię.</p>
<p>Poniżej fragment wywiadu, jakiego onegdaj udzielił „Rzepie”. Polecam.</p>
<blockquote><p>Staram się dużo nie oglądać telewizji, bo to pełne wyższości przekonanie mediów właśnie irytuje najbardziej. Obok manipulacji i omijania niewygodnych dla obecnie rządzących wiadomości to najbardziej irytujące w polskich mediach zjawisko. Są stacje, jak TVN 24, które w ogóle wyrzuciłem z pamięci telewizora i do nich nie zaglądam. Głównie poruszam się po niezależnych mediach i portalach internetowych i stamtąd czerpię wiedzę i opinie o zdarzeniach.</p>
<p><strong>Co to znaczy dziś „niezależne”? Jak akurat pan to mówi, to może to się kojarzyć z podziałem z czasu PRL na media oficjalne i niezależny od PZPR drugi obieg. Ale te czasy dawno minęły.</strong></p>
<p>Ale dziś znów jest coś w rodzaju drugiego obiegu i to właśnie w Internecie. Są portale, jak Onet.pl czy gazeta.pl, które omijam szerokim łukiem. One są zależne i to nawet bardzo. Mają swoje „matki”, swych właścicieli, którzy dbają, by nic tam niepokojącego nie mogło się pojawić. Ale są portale, które grupują opinie ludzi zupełnie niezależnych, np. jak Salon24, Blogmedia24, Polityczni.pl, Niepoprawni.pl. Tam są różne opcje polityczne, niekoniecznie piszą tam zawodowi dziennikarze, ale to co najważniejsze, to że ludzie piszą to, co myślą, a nie to, co im szef każe. Bo obawiam się, że jest tak, a w każdym razie taka opinia się ugruntowała, że dziennikarz wszystko jedno z jakiej opcji z dominujących na rynku tytułów nie pisze tekstów niezależnych, tylko podporządkowane linii danego pisma. </p></blockquote>
<p>&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;- </p>
<p><strong>Przemysław Gintrowski, „Kanapka z Człowiekiem i Trzy Zapomniane Piosenki”, 2009 rok,</strong></p>
<p>1.Astrolog (sł. Jacek Kaczmarski), 2.Pompeja II (sł. Jacek Kaczmarski), 3.Pikieta powstańcza (sł. Jacek Kaczmarski), 4.Autoportret Witkacego (sł. Jacek Kaczmarski), 5.Birkenau (sł. Jacek Kaczmarski), 6.A my nie chcemy uciekać stąd (sł. Jacek Kaczmarski), 7.List (sł. Adriana Szymańska), 8.Zapałki (sł. Bogdan Olewicz), 9.Ja (sł. Jacek Kaczmarski), 10.…Jaki miły i mądry facet (sł. Andrzej Bursa), 11.Kantyczka z lotu ptaka (sł. Jacek Kaczmarski), 12.Modlitwa o szarfę i trunek (sł. Antoni Słonimski), 13.Kołysanka dla Kleopatry (sł. Jacek Kaczmarski), 14.Kanapka z człowiekiem (sł. Jacek Kaczmarski), 15.Powrót (sł. Jacek Kaczmarski), 16.I’m your man (muz. i sł. Leonard Cohen, tłum. Maciej Zembaty)</p>
<p><img class="size-full wp-image-1934 alignleft" title="gintrowski" src="http://www.eckardt.pl/wp-content/uploads/2009/11/gintrowski.jpg" alt="gintrowski" width="162" height="146" /></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.eckardt.pl/gintrowski-piesniarz-smaku.html/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>4</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Nazareth à la carte</title>
		<link>http://www.eckardt.pl/nazareth-a-la-carte.html</link>
		<comments>http://www.eckardt.pl/nazareth-a-la-carte.html#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 23 Aug 2009 11:11:33 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Maciej Eckardt</dc:creator>
				<category><![CDATA[muzyka]]></category>
		<category><![CDATA[Nazareth]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.eckardt.pl/?p=1346</guid>
		<description><![CDATA[Zjawili się z półtoragodzinnym opóźnieniem. Jadąc z Olsztyna mieli okazję na własnej skórze przekonać się, czym jest względność czasu i przestrzeni na polskich drogach. W tym czasie w toruńskim Lizard King trwało ustawianie sprzętu i nagłośnienia. Oczekującej na koncert publice czas mijał na pogawędkach, sączeniu piwa i obserwowaniu krzątających się po scenie dźwiękowców. Jako że towarzystwo do [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><img class="alignleft size-thumbnail wp-image-1354" title="dsc06279" src="http://www.eckardt.pl/wp-content/uploads/2009/08/dsc06279-150x150.jpg" alt="dsc06279" width="145" height="139" />Zjawili się z półtoragodzinnym opóźnieniem. Jadąc z Olsztyna mieli okazję na własnej skórze przekonać się, czym jest względność czasu i przestrzeni na polskich drogach. W tym czasie w toruńskim Lizard King trwało ustawianie sprzętu i nagłośnienia. Oczekującej na koncert publice czas mijał na pogawędkach, sączeniu piwa i obserwowaniu krzątających się po scenie dźwiękowców. Jako że towarzystwo do najmłodszych miłośników rocka nie należało (średnia wieku ca. 35-55 lat, bardzo przepraszam za to uszczegółownie przystojne panie, których na koncercie nie zabrakło), to i przedłużająca się nieobecność gwiazdy wieczoru nie wywoływała najmniejszych nawet pomruków niezadowolenia. Ten wieczór każdy rezerwował sobie na wspomnień czar. Wspomnień na wyciągnięcie ręki. Dosłownie. Do Torunia zawitał bowiem Nazareth.</p>
<p><span id="more-1346"></span>Zaczęli tak jak sobie wyobrażałem. Ze schrypniętego gardła Dana McCafferty&#8217;ego popłynął <a href="http://www.youtube.com/watch?v=DGcGDRRIBvc" rel="shadowbox[post-1346];player=swf;width=640;height=385;">„Telegram”</a>, a więc kawałek, który odkąd pamiętam, zawsze nastrajał mnie energetycznie. Nie tylko dlatego, że McCafferty, to wokalny cymes sam w sobie, ale dlatego, że w warstwie rytmicznej stanowi <em>clou</em> tego, co w hardrocku lubię. Potem już była tylko i wyłącznie sycąca retrospekcja i hardrockowo-rockandrolowe koncertowisko. Urokliwe i chyba najszerzej znane leciwe <a href="http://www.youtube.com/watch?v=RJP6jp5kz2A" rel="shadowbox[post-1346];player=swf;width=640;height=385;">„Love Hurts”</a> czy <a href="http://www.youtube.com/watch?v=PNnqjbojqjE&amp;feature=related" rel="shadowbox[post-1346];player=swf;width=640;height=385;">„Dream On”</a>, przeplatane np.  rytmicznym <a href="http://www.youtube.com/watch?v=hXj6bJHpq9o" rel="shadowbox[post-1346];player=swf;width=640;height=385;">„See Me”</a> z roku 2008, ciekawie spinały stare z nowym. To, co mam na płytach, a wcześniej na kasetach, miałem na wyciągnięcie ręki. I choć główni bohaterowie wyraźnie się posunęli w latach, to ich utwory absolutnie nie, a powstające wciąż nowe kawałki świadczą, że nie zapomnieli, jak się robi dobrą muzykę, i że nie zamierzają jedynie odcinać kuponów od starych przebojów.</p>
<p>Zadziwia zwłaszcza McCafferty (w wyeksponowanych flagach amerykańskich konfederatów na koszuli), któremu siły głosu mógłby pozazdrościć niejeden młody rockowy wokalista. Siła i ekspresja, to wciąż jego znak rozpoznawczy. Zresztą, cóż można dodać, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że Nazareth istnieje już 41 lat! Wciąż koncertuje, nagrywa płyty i… jest taki sam, pomimo że skład zespołu zmienił się dziewięć razy. Ze starego składu pozostali tylko Dan McCafferty i basista Pete Angew. To jednak w zupełności wystarcza i nie trzeba specjalnie wyjaśniać dlaczego. Swego czasu Nazareth zawitał do Bydgoszczy (maj 1984 r.), dając koncert na Torbydzie. Nie wspominałbym o tym, gdyby nie ciekawostka. Otóż mieszkający obok Torbydu mój kolega nagrał z okna swojej łazienki ten koncert. Z dzisiejszej perspektywy jest to całkiem niezła gratka fonograficzna.</p>
<p>Zespół będzie jeszcze koncertował w Polsce. Gorąco zachęcam wszystkich ze Szczecina (dzisiaj), Warszawy, Poznania, Wrocławia, Katowic i Lublina. Bilety po 88 złociszy.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.eckardt.pl/nazareth-a-la-carte.html/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Muzyka i Powstanie Warszawskie</title>
		<link>http://www.eckardt.pl/muzyka-i-powstanie-warszawskie.html</link>
		<comments>http://www.eckardt.pl/muzyka-i-powstanie-warszawskie.html#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 31 Jul 2005 22:07:51 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Maciej Eckardt</dc:creator>
				<category><![CDATA[Historia]]></category>
		<category><![CDATA[Kultura]]></category>
		<category><![CDATA[muzyka]]></category>
		<category><![CDATA[Lao Che]]></category>
		<category><![CDATA[Powstanie Warszawskie]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://test.w.bydgoszcz.pl/2005/07/31/muzyka-i-powstanie-warszawskie/</guid>
		<description><![CDATA[W sobotę krótka wizyta na koncercie w Muzeum Powstania Warszawskiego. Na scenie Bakshish i Lao Che. Kawał dobrej muzy w klimatach wybitnie młodzieżowych. Obok młodych rozbawionych ludzi, suną starsi, wielce wyrozumiali, nawet dla grupki tańczącej pogo. Tematyka koncertu patriotyczna, choć przekaz daleki od uroczystych akademii i przemówień. Okazuje się, że mocna muzyka też niesie przesłanie [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><span class="styleyyyyy">W sobotę krótka wizyta na koncercie w Muzeum Powstania Warszawskiego. Na scenie Bakshish i Lao Che. Kawał dobrej muzy w klimatach wybitnie młodzieżowych. Obok młodych rozbawionych ludzi, suną starsi, wielce wyrozumiali, nawet dla grupki tańczącej pogo. Tematyka koncertu patriotyczna, choć przekaz daleki od uroczystych akademii i przemówień. </span></p>
<p><span class="styleyyyyy">Okazuje się, że mocna muzyka też niesie przesłanie patriotyczne, choć trzeba do tego odrobiny dobrej woli. Jako że wychowałem się na dobrym starym hard rocku, zahaczającycm o metal, było to dla mnie miłe ucha łaskotanie. Wrażenie robi Lao Che, porażające ekspresją, dynamizmem i poszukiwaniem nowych brzmień. Polecam tekst na ich temat w najnowszej &#8222;Racji Polskiej&#8221; popełniony przez Mirka Owczarza. Poza tym weekend upłynął mi na walce z jakimś uczuleniem, które nie wiedzieć czemu wybrało akurat mnie.</span></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.eckardt.pl/muzyka-i-powstanie-warszawskie.html/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Jazz Na Starówce</title>
		<link>http://www.eckardt.pl/jazz-na-starowce.html</link>
		<comments>http://www.eckardt.pl/jazz-na-starowce.html#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 10 Jul 2005 21:55:31 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Maciej Eckardt</dc:creator>
				<category><![CDATA[Kultura]]></category>
		<category><![CDATA[muzyka]]></category>
		<category><![CDATA[jazz]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://test.w.bydgoszcz.pl/2005/07/10/jazz-na-starowce/</guid>
		<description><![CDATA[Sobota wieczór. Jazz Na Starówce. Na scenie PAUL BRODY&#8217;S SADAWI z USA w składzie: Paul Brody &#8211; trąbka, Jan Hamerschmidt &#8211; klarnety, Brandon Seabrook &#8211; banjo, gitara, live electronics, Martin Lillich &#8211; kontrabas, Eric Rosenthal &#8211; perkusja. Paul Brody to przedstawiciel modnego w Stanach klezmer i modern jazzu. Interesujący punkt warszawskiego festiwalu. Koncert wysublimowany, lekki, [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><span class="styleyyyyy">Sobota wieczór. Jazz Na Starówce. Na scenie PAUL BRODY&#8217;S SADAWI z USA w składzie: Paul Brody &#8211; trąbka, Jan Hamerschmidt &#8211; klarnety, Brandon Seabrook &#8211; banjo, gitara, live electronics, Martin Lillich &#8211; kontrabas, Eric Rosenthal &#8211; perkusja. Paul Brody to przedstawiciel modnego w Stanach klezmer i modern jazzu. Interesujący punkt warszawskiego festiwalu. Koncert wysublimowany, lekki, eksperymentalny, w klimacie amerykańskiego postmodernistycznego folku. Kilka kawałków było naprawdę niezłych.<br />
</span></p>
<p><span class="styleyyyyy">Późna noc w kinie na <em>Wojnie Światów</em> Stevena Spielberga. Stary motyw w nowym opakowaniu. Jakieś traumy reżysera wzięły w filmie górę. Obcy naprawdę nieprzyjemni, nicujący ludzkie ciała, tworzący rozlewiska krwi, siejący chaos i przerażenie. Dopiero jakieś ziemskie wirusy, czy też bakterie zrobiły to, czego nie nie była w stanie dokonać najlepsza armia świata. Nie wiadomo, czy z obcymi wygrał w końcu wirus ebola, ptasia grypa czy też AIDS. W każdym razie nieproszonych gości wytruło. Efekty specjalne znośne, choć na kolana nie powalają. Zdaje się, że Spielberg najlepsze lata ma już za sobą. Bilety drogie &#8211; 22 zł, średnia cola 6,50, popcorn &#8211; nie wiem, w kinie rzadko jadam.</span></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.eckardt.pl/jazz-na-starowce.html/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Weekend</title>
		<link>http://www.eckardt.pl/weekend.html</link>
		<comments>http://www.eckardt.pl/weekend.html#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 04 Jul 2005 21:49:42 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Maciej Eckardt</dc:creator>
				<category><![CDATA[muzyka]]></category>
		<category><![CDATA[jazz]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://test.w.bydgoszcz.pl/2005/07/04/weekend/</guid>
		<description><![CDATA[Weekend pracowity, ale miły. W sobotę XI Międzynarodowy Plenerowy Festiwal Jazz Na Starówce. Od razu mocne uderzenie &#8211; Septeto Nacional z Kuby w składzie: Eugenio Rodriuqez &#8222;Raspa&#8221; wokal &#8211; szef zespołu; Daniel Vega Barthelewy &#8211; wokal, inst. perkusyjne; Augustin Someillan Garcia &#8211; trąbka; Enrique Aldon Collazo &#8211; tres; Dagoberto Sacerio Oliva &#8211; gitara, wokal; Barbaro [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><span class="styleyyyyy">Weekend pracowity, ale miły. W sobotę XI Międzynarodowy Plenerowy Festiwal Jazz Na Starówce. Od razu mocne uderzenie &#8211; <strong>Septeto Nacional</strong> z Kuby w składzie: Eugenio Rodriuqez &#8222;Raspa&#8221; wokal &#8211; szef zespołu; Daniel Vega Barthelewy &#8211; wokal, inst. perkusyjne; Augustin Someillan Garcia &#8211; trąbka; Enrique Aldon Collazo &#8211; tres; Dagoberto Sacerio Oliva &#8211; gitara, wokal; Barbaro Sanchez Iila &#8211; kontrabas; Francisco David Ortopesa Fernandes &#8222;Matador&#8221; &#8211; instr. perkusyjne. Półtorej godziny prawdziwych kubańskich rytmów i roztańczonej publiczności. Oddech od codzienności i ciężkości polityki. Muzyka miodzio, co tu dużo mówić, wszak Kuba to wyspa gorąca, a Septeto Nacional, jak napisali organizatorzy, to <em>sztandar dla muzyki kubańskiej. To marka, do której z dumą przyznają się członkowie Buena Vista Social Club i grupy Sierra Maestra. Obie te generacje muzyków wychowały się na utworach Septeto Nacional. Muzycy Septeto Nacional i Buena Vista Social Club nagrywali razem, spotykali się na scenie i w studio (płyta Septeto Nacional &amp; Guest &#8222;Mas Cuba Libres&#8221;). </em>Festiwal potrwa do 27 sierpnia. Kto nie był, polecam.<span class="styleyyyyy"><font class="styleyyyyy">W weekend odebrałem dyplom ukończenia Podyplomowych Studiów Przywództwa i Negocjacji, które odbyłem w Akademii Obrony Narodowej. Teraz pomału trzeba przygotowywać kampanię wyborczą, która do łatwych nie będzie należeć, ale skoro się zdecydowałem brać w niej udział, to czas zakasać rękawy. Wrażeń na pewno nie zabraknie.</p>
<p></font></span> </p>
<p></span></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.eckardt.pl/weekend.html/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

