<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Maciej Eckardt &#187; Gospodarka</title>
	<atom:link href="http://www.eckardt.pl/category/gospodarka/feed" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://www.eckardt.pl</link>
	<description>Maciej Eckardt strona nieoficjalna - Cywilizacja, Gospodarka, Historia, Kultura, Polityka, Religia, Samorząd, Bydgoszcz</description>
	<lastBuildDate>Tue, 24 Jan 2012 21:03:25 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.0.1</generator>
		<item>
		<title>Wolności nie da się zabić</title>
		<link>http://www.eckardt.pl/wolnosci-nie-da-sie-zabic.html</link>
		<comments>http://www.eckardt.pl/wolnosci-nie-da-sie-zabic.html#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 14 Nov 2009 11:31:39 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Maciej Eckardt</dc:creator>
				<category><![CDATA[Gospodarka]]></category>
		<category><![CDATA[Postacie]]></category>
		<category><![CDATA[Friedman]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.eckardt.pl/?p=1884</guid>
		<description><![CDATA[16 listopada to dzień szczególny dla zwolenników wolności gospodarczej. To data śmierci Miltona Friedmana, gorącego orędownika normalności w gospodarce. Wielkim admiratorem jego poglądów był prezydent Ronald Reagan, który czerpiąc z friedmanowskich poglądów i czyniąc go swoim doradcą, wysforował gospodarkę Stanów Zjednoczonych na niczym niezagrożoną pozycję lidera światowej gospodarki. Jej siła pozwoliła wytargać po szczękach sowiecką hydrę [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>16 listopada to dzień szczególny dla zwolenników wolności gospodarczej. To data śmierci Miltona Friedmana, gorącego orędownika normalności w gospodarce. Wielkim admiratorem jego poglądów był prezydent Ronald Reagan, który czerpiąc z <em>friedmanowskich</em> poglądów i czyniąc go swoim doradcą, wysforował gospodarkę Stanów Zjednoczonych na niczym niezagrożoną pozycję lidera światowej gospodarki. Jej siła pozwoliła wytargać po szczękach sowiecką hydrę na tyle skutecznie, że marksistowski raj runął pod ciężarem własnego absurdu, krusząc widowiskowo żelazną kurtynę, która kilkadziesiąt lat oddzielała Europę Środkowo-Wschodnią od wolnego świata.</p>
<p><span id="more-1884"></span>O Friedmanie pisałem wielokrotnie, więc nie mam zamiaru się powtarzać. Dlatego tym razem postanowiłem podeprzeć się świetnym tekstem Roberta Gwiazdowskiego sprzed trzech lat. Znajdziecie  w nim Państwo kompendium wiedzy w pigułce na temat tego, co stworzył i pozostawił po sobie Friedman, a co wciąż jest aktualne, pomimo wściekłych ataków na istotę wolnego rynku, który jakoby był przyczyną obecnego kryzysu w świecie. Poglądy Friedmana to odtrutka na socjalistyczno-syndykalistyczny bełkot, jakim karmią ludzi różni modni <em>guru</em> ekonomii. Zachęcam zatem do lektury i westchnienia za duszę Miltona Friedmana.</p>
<blockquote><p><strong>MILTON FRIEDMAN</strong></p>
<p>16 listopada 2006 roku zmarł Milton Friedman jeden z najwybitniejszych ekonomistów XX wieku. Był współzałożycielem Mont-Pelerin Society – stowarzyszenia, którego wkładu w obronę zasad wolnego rynku przed interwencjonizmem państwowym trudno przecenić. Uchodził za twórcę monetaryzmu, a w ostatnich latach zasłynął przepowiednią o euro, dając tej nowej walucie 10 lat życia (termin mija w roku 2009).</p>
<p>Symbolem Jego stosunku do naczelnej idei liberalizmu – wolności, niech będzie anegdota z konferencji naukowej, podczas której do palącego papierosa pod napisem „No Smoking” Friedmana zwrócił się jeden z organizatorów: Panie Profesorze, dlaczego Pan pali w miejscu zakazu”? I usłyszał w odpowiedzi: „No właśnie z powodu tego zakazu”! Choć nie podzielam tytoniowego nałogu Ojca Założyciela tak zwanej Chicago Boys School, podzielam Jego stosunek do wolności.</p>
<p>W Polsce z Friedmanem łączą się przezabawne historie. Najpierw Marek Belka, uznawany za wybitnego polskiego ekonomistę, zdemaskował „burżuazyjne” korzenie jego poglądów w książce pod tytułem „Społeczno-ekonomiczna doktryna Miltona Friedmana”. Wbrew tytułowi na temat doktryny społecznej Friedmana, późniejszy premier napisał kilka kartek i to z… trzeciej, albo nawet czwartej ręki. Głownie z pracy Wojciecha Sadurskiego pod tytułem „Neoliberalny system wartości politycznych”, która poświęcona była… Hayekowi. No ale, jak stwierdził Belka, Friedman też był neoliberałem więc uwagi Sadurskiego do doktryny Hayeka, można odnieś i do Friedmana. Ale został profesorem. Takie to były świetne czasy dla polskiej nauki – prawie takie same świetne, jak dla polskiego węgla.</p>
<p>Wraz z upadkiem PRL-u sytuacja zmieniła się o 180 stopni. Mieliśmy w mediach zatrzęsienie informacji, że prof. Leszek Balcerowicz realizuje politykę monetarystyczną, której twórcą był właśnie Friedman. Ale we wrześniu 1990 roku autor <em><strong>Intrygującego pieniądza</strong></em> przyjechał do Polski wraz z Ronaldem Reaganem i nie omieszkał wytknąć mu poparcia, którego ten podczas wystąpienia w Stoczni Gdańskiej udzielił prowadzonemu wówczas programowi stabilizacji waluty. Ceny stałe są, według Friedmana, cenami stałymi, obojętnie, czy dotyczą kapeluszy, czy dolarów. Jeśli się pragnie wolnego rynku kapeluszy, trzeba wprowadzić także wolny rynek dolarów. Kiedy Friedman usłyszał, co to jest „popiwek” (w ramach tzw. wolnego rynku mieliśmy podatek od „ponadnormatywnego” wzrostu płac), podsumował: „Jak to jest monetaryzm, to ja jestem keynesistą”. Nie wykazał najmniejszego zrozumienia dla (choćby pośredniej) kontroli płac. Płaca jest po prostu ceną siły roboczej, stanowiącą istotny składnik gry gospodarczej. Pozostawiając ją pod administracyjną kontrolą, czynimy fikcją wolnorynkowy mechanizm ustalania innych cen. Po tej wizycie media przestały nazywać polską reformę „monetarystyczną”.<br />
 <br />
<!--more-->A kilka dni przed wyborami samorządowymi minister Zbigniew Ziobro stwierdził na konwencie wyborczym PiS, że nawet tacy liberałowie jak Friedman popierają instytucje państwowe. Zapomniał dodać, że mają to być dobre instytucje i że ma ich być mało.</p>
<p>Uwieńczeniem kariery naukowej Friedmana było przyznanie mu w roku 1976 nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii. Dwa lata wcześniej tę samą nagrodę otrzymał Friedrich Hayek, w latach 1950-1962 wykładający, podobnie jak Friedman, na uniwersytecie w Chicago. Zapoczątkowało to całą lawinę nagród Nobla otrzymywanych w kolejnych latach przez tak zwanych Chicago Boys, dla których Hayek i Friedman byli swego rodzaju ojcami duchowymi. Bo choć pomiędzy Hayekem i Friedmanem istnieją poważne różnice w niemal każdej kwestii z zakresu teorii ekonomii, metodologii i polityki gospodarczej, to są oni zwolennikami tego samego modelu społeczeństwa opartego na klasycznych zasadach liberalizmu gospodarczego i wyznawcami tej samej, leseferystycznej ideologii. W przedmowie do pracy zbiorowej wydanej w roku 1976 na cześć sędziwego profesora Friedman otwarcie przyznał się do ulegania pewnym wpływom Hayeka.</p>
<p>Przyznaniu Friedmanowi nagrody Nobla towarzyszyła jednak niemiła kampania wymierzona w jego osobę przez różnych „postępowych humanistów”. Pretekstu do tego dostarczył pobyt Friedmana w Chile, który poczytano za współpracę z reżimem Augusto Pinocheta. Nie pomogło <em>dementi </em>Arnolda Herbergera &#8211; ówczesnego kierownika katedry ekonomii na uniwersytecie w Chicago, że sześciodniowa wizyta Friedmana w Chile, odbyta zresztą na zaproszenie prywatnej fundacji, połączona z wygłoszeniem kilku odczytów, była jedynym jego pobytem w tym kraju i nie zajmował się on doradztwem ekonomicznym dla chilijskiego rządu, a o jego stosunku do reżimu świadczy fakt nie przyjęcia doktoratów honoris causa dwóch tamtejszych uniwersytetów. W skrytym przekonaniu oponentów wina Friedmana polegała na tym, że w Chile wcielano w życie jego poglądy ekonomiczne, co już samo w sobie było dla nich wystarczającym dowodem na to, że są one „reakcyjne”. Sam Friedman replikował, że choć odcina się od wszelkich reżimów, w tym również od chilijskiego, to cieszyłby się widząc, że jego teoria przyczynia się do poprawy warunków życia ludności i, co za tym idzie, ułatwia ewolucję sposobu rządzenia krajem w kierunku bardziej demokratycznym. Możliwość taka istnieje tak długo, jak długo zachowany jest system własności prywatnej, będący motorem jego koncepcji ekonomicznych, utożsamiany przez niego z wolnością ekonomiczną, stanowiącą źródło pozostałych wolności. Czy czegoś to nam dziś nie przypomina???</p>
<p>Antyfriedmanowska kampania nie na wiele się zdała. Nadchodziła nowa era w polityce i ekonomii. Friedman cieszył się rosnącą popularnością, którą utwierdził w roku 1980 w cyklu telewizyjnych wykładów nagranych dla Public Broadcasting Service. Prezentował w nich leseferystyczny pogląd na gospodarkę, konkurencyjny wobec poglądów wygłaszanych wcześniej w podobnych programach przez Johna Kenetha Galbraitha.</p>
<p style="text-align: left;">Dla uhonorowania autora <em><strong>Capitalism and Freedom</strong></em> w dniu 4 października 1983 roku The Pacific Institut of Public Policy Research wydał w San Francisco uroczysty bankiet, który zgromadził ponad siedmiuset najwybitniejszych przedstawicieli amerykańskiego świata nauki, polityki, gospodarki i finansów. W Komitecie Organizacyjnym, któremu przewodniczył były sekretarz skarbu Stanów Zjednoczonych William E. Simon, zasiadali między innymi senatorowie Patric Daniel Moynihan i Pete Wilson, Gubernator James R. Thomson, George M. Keller ze Standard Oil Company, William F. Buckley Jr., Friedrich A. Hayek, Robert Nozick, David Rockefeller i stawiający już coraz śmielsze kroki na scenie politycznej &#8230; Arnold Schwarzenegger. Podsumowaniem tej uroczystości stała się książka <em><strong>Politics and Tyranny</strong></em> zawierająca teksty przemówień wygłoszonych podczas jej inauguracji, esej samego Miltona Friedmana <em><strong>Tyrania status quo</strong></em>, który stał się podstawą późniejszej ksiązki i Jego odpowiedzi na zadawane pytania.<br />
 <br />
<strong>WOLNOŚĆ</strong></p>
<p>Przedmiotem afirmacji filozofii politycznej Miltona Friedmana jest wolność oznaczająca prawo człowieka do tego, by mógł postępować i myśleć jak chce tak długo, jak długo nie godzi tym w prawa innych ludzi. Jakiekolwiek ograniczenia ludzkiego zachowania powinny mieć kształt bezosobowych reguł, stosowanych jednakowo do wszystkich przez niezawisłe sądownictwo. Takie zastąpienie rządów ludzi przez rządy prawa uznał Friedman za jedno z najszczytniejszych osiągnięć cywilizacji. Mimo iż rządy prawa nie gwarantują wolności, gdyż prawa ogólne mogą być równie tyrańskie jak edykty osobowe, to jednak odegrały one pierwszoplanową rolę w przekształcaniu dawnych systemów społecznych, w których zwykły obywatel był poddany arbitralnej woli swego pana, w systemy, w których tenże obywatel może sam siebie uważać za swojego pana.</p>
<p>Z wyróżnionych trzech rodzajów wolności: osobistej, politycznej i ekonomicznej, Friedman uwypuklał znaczenie tej trzeciej, traktując ją jako warunek i gwarancję dla dwu pozostałych, choć w powszechnym przekonaniu zdają się to być różne sprawy: wolność indywidualna zaliczana jest do materii politycznej, a dobrobyt materialny &#8211; do ekonomicznej. Najdobitniejszym wyrazem tych przekonań jest obrona „demokratycznego socjalizmu” przez ludzi potępiających sowiecki totalitaryzm, ale pragnących go reformować jedynie w wymiarze politycznym w myśl założenia, że można zapewnić ludziom wolność indywidualną w systemie gospodarki nakazowej. Zdaniem Friedmana, pogląd taki jest iluzją, gdyż związek między gospodarką i polityką jest tak silny, że tylko niektóre kombinacje systemów politycznych i ekonomicznych są możliwe do wcielenia w życie.</p>
<p>Wolność ekonomiczna zawsze jednak odgrywa rolę pierwszoplanową. Jest ona konstytutywnym elementem wolności jako takiej, będąc z tego tytułu częścią składową celu samego w sobie. Absolutna wolność w sferze politycznej jest wręcz niemożliwa. Każda decyzja polityczna wymaga przecież zastosowania przymusu wobec tej części społeczeństwa, która się z nią nie zgadza. W polityce nie decydujemy tylko o sobie samych, lecz o wszystkich naraz. Jeśli za czymś głosujemy i jesteśmy w mniejszości, to tego nie uzyskamy. Jeśli zaś będziemy przeciwko jakiemuś rozwiązaniu i znowu znajdziemy się w mniejszości, to i tym razem nasz głos nie zostanie wzięty pod uwagę. Tymczasem wolność ekonomiczna jest wolnością absolutną, nie wymagającą żadnych ustępstw i kompromisów. Likwiduje ona konflikt między mniejszością i większością, nie znając w ogóle takich pojęć. Dzieje się tak dlatego, że opiera się na wolności mechanizmów rynkowych, a wolny rynek &#8211; jak twierdzi Friedman &#8211; toleruje wszelką różnorodność. „Mówiąc kategoriami politycznymi jest on systemem proporcjonalnego przedstawicielstwa. Każdy może głosować na, powiedzmy, kolor ulubionego krawata i otrzyma go. Nie musi sprawdzać jakiego koloru pragnie większość, a gdy jest w mniejszości podporządkowywać się”.</p>
<p>Wolność gospodarcza jest także koniecznym warunkiem i środkiem służącym do osiągnięcia wolności politycznej. Nie jest jednak warunkiem wystarczającym. Niezbędne są również odpowiednie instrumenty polityczne oraz określony system wartości uznawany w danym społeczeństwie. Wolność ekonomiczna, umożliwiając wzajemną współpracę bez stosowania przymusu i centralnego kierowania, zmniejsza jednak zdecydowanie obszar, na którym sprawowana jest władza polityczna. Wolny rynek rozprasza władzę ekonomiczną, co rekompensuje skutki, jakie może wywołać koncentracja władzy politycznej. Z drugiej strony, ograniczenia wolności gospodarczej w sposób nieunikniony odbijają się na wolności w ogóle, również na takich jej obszarach, jak wolność słowa, czy prasy. Coraz śmielsze wprowadzanie przez państwo ograniczeń w gospodarce nie może pozostać bez wpływu na inne swobody. Wolność jest całością i nie można jej ograniczać w jednym miejscu, bez równoczesnego ograniczenia w innym.</p>
<p>Friedman zgadza się, że „wolność nie może być absolutna, żyjemy bowiem w społeczeństwie powiązanym mnóstwem współzależności i pewne ograniczenia wolności są konieczne, aby uniknąć innych ograniczeń, jeszcze gorszych. Jednakże już dawno przekroczony został naprawdę niezbędny zakres tych ograniczeń. Naglącą potrzebą dnia jest więc ich eliminacja, a nie dalsze mnożenie”.</p>
<p>Zasadniczym elementem wolności gospodarczej jest swoboda dysponowania własnym dochodem: ile wydamy na własne potrzeby i co za to kupimy, ile zaoszczędzimy i pod jaką postacią, jaką wreszcie część dochodu podarujemy i komu. Tymczasem rządy odbierają nam coraz większy procent zarobków. Drugim składnikiem wolności gospodarczej jest swoboda wykorzystywania własnych możliwości. Należy do niej prawo wyboru zawodu i prowadzenia każdego typu działalności gospodarczej. Jednak na każdym kroku spotykamy się z koncesjami, zezwoleniami i innymi ograniczeniami wolności. „Dwie idee: ludzkiej wolności i wolności ekonomicznej zespolone razem wydały największe owoce w Stanach Zjednoczonych. Wciąż jesteśmy nimi przepojeni. Stanowią one nieodłączny składnik naszego bytu. Ale, niestety, zaczęliśmy od nich odchodzić. Zapomnieliśmy tę podstawową prawdę, że największym zagrożeniem dla ludzkiej wolności jest koncentracja władzy, czy to w rękach rządu, czy kogokolwiek innego. Przekonaliśmy samych siebie, że przyznanie komuś władzy jest bezpieczne, o ile służy ona dobrym celom. Na szczęście zaczynamy się z tego otrząsać. Znowu dostrzegamy niebezpieczeństwa, jakie zagrażają społeczeństwu, gdy nagromadzi się zbyt wiele możliwości rządzenia nim. Zaczynamy rozumieć, że słuszne cele mogą zostać wypaczone przez użycie złych środków, i że poleganie na wolności jednostki do kierowania własnym życiem zgodnie z wyznawanymi przez nią wartościami jest najlepszą drogą ku osiągnięciu przez wielkie społeczeństwo jego wszystkich potencjalnych możliwości”.</p>
<p><strong>RÓWNOŚĆ</strong></p>
<p>Dwa wieki temu, gdy wolność oznaczała swobodę kształtowania własnego życia, równość była równością przed Bogiem. W praktyce oznaczała równość szans i równość wobec prawa i to tylko karnego i cywilnego, ale już nawet nie politycznego. Zgodnie ze wskazaniami ojców liberalizmu wprowadzono pewne cenzusy wyborcze, dając wyraz przekonaniu, że ktoś, kto chce decydować o losach państwa i społeczeństwa, musi najpierw pokazać, że potrafi sam pokierować swoim własnym losem. Przy dużym udziale filozofii politycznej Alexis de Tocqueville&#8217;a pojęcie równości rozciągnięto na równość wobec prawa politycznego. Następnie równość zaczęła być utożsamiana z równością rezultatów. W myśl tej nowej idei każdy powinien mieć taki sam poziom życia lub dochodu, każdy powinien ukończyć wyścig w tym samym czasie. O ile równość przed Bogiem i równość szans nie wchodziły w konflikt z wolnością kształtowania swego własnego życia, będąc dwiema stronami tej samej podstawowej wartości &#8211; uznania jednostki za cel sam w sobie, o tyle dążenie do równości społecznej pozostawało w jaskrawej sprzeczności z ideą wolności rozumianą jako brak przymusu.</p>
<p>Wolność i równość społeczna dają się pogodzić jedynie wówczas, gdy pod pojęciem wolności ukryje się tak zwana wolność pozytywna, czyli także równość, ale inaczej nazwana. Jak pisał cytowany przez Friedmana de Tocqueville: „Istnieje&#8230; mężna i prawa namiętność równości, dająca wszystkim ludziom pragnienie siły i poszanowania. Namiętność ta ma to do siebie, że małych podnosi ku wielkim. Lecz istnieje także w ludzkim sercu skażone zamiłowanie do równości sprawiające, że słabsi starają się ściągnąć silnych do swego poziomu i doprowadzające ludzi do tego, że zaczynają przedkładać równość w niewoli nad nierówność w wolności”.</p>
<p>Sama równość szans także nie może być traktowana dosłownie. Jedno dziecko rodzi się całkiem zdrowe, inne ociemniałe. Rodzice jednych troszczą się o ich szczęście i zapewniają im podstawy wiedzy i kultury, inni zaś są źli i niezapobiegliwi. Jedno dziecko rodzi się w Stanach Zjednoczonych, inne w Indiach lub Rosji. W tej sytuacji faktyczny sens równości szans chyba najlepiej oddaje francuskie powiedzenie: une carriere ouverte aux talentes &#8211; kariera jest otwarta dla ludzi z talentem. Żadne arbitralne przeszkody nie powinny utrudniać jednostce zdobycia takiej pozycji, do jakiej predestynują ją własne uzdolnienia i skłaniają wyznawane wartości.</p>
<p>Przy takiej interpretacji równość szans jest po prostu bardziej szczegółowym określeniem równości wobec prawa. Obecnie &#8211; pisze Friedman &#8211; trwa jednak ekspansja idei równości społecznej, która oznacza równość rezultatów. Jak mówił Dodo w <strong><em>Alicji w krainie czarów</em></strong>: „każdy wygrał i wszyscy muszą dostać nagrody”. Tak rozumiana równość jest nie do pogodzenia z ideą wolności, bo przecież równość zakłada identyczność, podczas gdy wolność zachęca do różnorodności, a przez to do zróżnicowań. Ludzie z natury są nierówni, gdyż posiadają różne umiejętności i w różny sposób je wykorzystują. Friedman powtarza więc bodajże za Maxem Schelerem, że każde równanie jest równaniem w dół, a trudno pojąć zalety ścinania wysokich drzew do poziomu niskich.</p>
<p>Nierówności, które są konsekwencją działania praw rynkowych stanowią w istocie wynik świadomego wyboru ludzi. Mogą oni i muszą dokonywać wyboru różnych wariantów zaangażowania swych zasobów i umiejętności. Warianty te różnią się stopniem niepewności ewentualnego wyniku, a im dane działanie związane jest z większym ryzykiem, tym większe może przynieść profity. Pozwala to dokonać swoistej alokacji „kapitału ludzkiego”. Osiągnięciem kapitalizmu „nie była tylko akumulacja własności, ale stworzenie w ogromnej skali możliwości rozwoju ludzkich zdolności i umiejętności”. Każdy może podjąć naukę, czy pracę tam, gdzie ryzyko poniesienia porażki jest niewielkie, ale i ewentualne zyski nie mogą być duże. I odwrotnie, ktoś decydujący się na duże ryzyko może liczyć na większe dochody.</p>
<p>Społeczeństwo stawiające równość (w sensie równości rezultatów) przed wolnością, nie zrealizuje ani równości, ani wolności. Użycie siły dla osiągnięcia równości zniszczy wolność. Natomiast społeczeństwo, które na pierwszym miejscu stawia wolność, jako produkt uboczny, ale całkiem nieprzypadkowo, uzyska także większą równość. Wolność oznacza bowiem różnorodność i jednocześnie mobilność. Powstrzymuje ona arbitralne ograniczenia nakładane na jednych przez drugich. I choć nie zapobiega osiąganiu przez niektórych pozycji uprzywilejowanych, zapobiega instytucjonalizacji tych przywilejów. Ludziom, którzy są obecnie w niekorzystnej sytuacji gwarantuje szanse zdobycia w przyszłości o wiele lepszej pozycji. Gdziekolwiek może działać wolny rynek, gdziekolwiek istnieje równość szans, tam przeciętny człowiek jest w stanie, dzięki własnej zapobiegliwości i staranności, osiągnąć taki poziom życia, o jakim nigdy przedtem nie mógł marzyć. Nigdzie przepaść między bogatymi i biednymi nie jest większa niż w społeczeństwach, które nie pozwalają działać wolnemu rynkowi, próbując osiągnąć tak zwaną sprawiedliwość przy pomocy działań korygujących wyniki gry rynkowej.<br />
 <br />
Znamienna jest postawa intelektualistów, dla których równość jest bez mała wyznaniem wiary, chociaż ich czyny pozostają w rażącej sprzeczności z deklaracjami. Jeśli bowiem jest się egalitarystą &#8211; ironizuje Friedman &#8211; należy ocenię, czy własny dochód odpowiada przyjętej koncepcji równości, a jeżeli jest wyższy &#8211; oddać nadwyżkę tym, którzy mają poniżej średniej. Jeśli kryterium równości miałoby objąć cały świat, jak tego pragną niektórzy reformatorzy, byłaby to kwota około dwustu dolarów rocznie na osobę &#8211; taki jest bowiem przeciętny dochód na jednego mieszkańca naszego globu. Który z amerykańskich „naprawiaczy świata” byłby gotów zaakceptować taką formę równości?</p>
<p><strong>SPRAWIEDLIWOŚĆ</strong></p>
<p>Przyjmując za Arystotelesem rozróżnienie sprawiedliwości dystrybutywnej i komutatywnej, Friedman krytykuje tę pierwszą i popiera drugą. Wolna gospodarka może prowadzić wyłącznie do sprawiedliwości komutatywnej. Oznacza ona wynagrodzenie według wartości, jaką usługi danego człowieka mają dla ludzi, którym on je świadczy i jaka znajduje wyraz w cenie, którą są oni skłonni za nie uiścić. Jeżeli to, co ludzie otrzymują ma być sprawiedliwe w jakimś innym znaczeniu, to kto ma decydować co jest sprawiedliwe? Kto ma rozdawać nagrody? Jeżeli mamy mieć sprawiedliwe udziały w wypracowanym dochodzie, ktoś musi decydować, jakie udziały są sprawiedliwe. Ten „ktoś” będzie narzucał własne decyzje innym, odbierając tym, co posiadają więcej niż określona przez niego „sprawiedliwa” ilość i dając tym, co posiadają mniej. Czy jednak ci, co podejmują i narzucają takie decyzje, są równi tym, za których decydują? Jeśli nie, to czy jest to sprawiedliwe? A może jesteśmy już na zwierzęcym folwarku Orwella, gdzie „wszystkie zwierzęta są równe, ale niektóre równiejsze” &#8211; pyta Friedman?</p>
<p>Jeśli to, co ludzie otrzymują ma być określone przez „sprawiedliwość”, a nie przez to, co wytwarzają, to skąd wziąć nagrody? Jaki będzie bodziec do pracy? Jak zadecydować kto ma być lekarzem, a kto zamiataczem ulic? Serce &#8211; według Friedmana &#8211; może popierać humanistyczną troskę o to, by dostęp do jedzenia był podstawowym prawem człowieka. Głowa natomiast ostrzega, że prawo to można różnie interpretować. Każdy powinien mieć swobodę używania własnych zdolności dla zaspokojenia swych elementarnych potrzeb. Jeżeli jednak miałbym mieć „podstawowe prawo” do jedzenia bez jakiegoś <em>qui pro quo</em>, ktoś musiałby zostać zobowiązany do zapewnienia mi tego prawa. Czy fakt ten nie uczyni z niego mojego niewolnika &#8211; pyta retorycznie Friedman.</p>
<p>Istnieje zasadnicza sprzeczność między ideałem sprawiedliwości i ideałem wolności. Ten konflikt stanowi zmorę każdej próby zaprowadzenia równości podziału jako nadrzędnej zasady organizacji społeczeństwa. Końcowym rezultatem takich prób było zawsze i nieodmiennie ustanowienie terroru. Ale nawet terror nie czynił podziału naprawdę równym. W każdym wypadku utrzymywały się głębokie nierówności i niesprawiedliwość i to pod każdym względem.</p>
<p>Panuje przekonanie &#8211; twierdzi Friedman &#8211; że nie jest sprawiedliwe, by niektóre dzieci miały przewagę nad innymi, tylko dlatego, że mają bogatych rodziców. Oczywiście nie jest to sprawiedliwe. Jednakże taka niesprawiedliwość może przybrać wiele postaci. Może wystąpić w formie odziedziczenia kapitału, czy nieruchomości, a może też przybrać postać odziedziczenia talentu. Z etycznego punktu widzenia nie zachodzi tutaj żadna różnica. Tymczasem, mimo iż ludzi nie oburza dziedziczenie talentu, oburza ich dziedziczenie własności. Spójrzmy więc na to z punktu widzenia rodziców: jak ocenić państwo, które pieniądze, pozostawione po ściągnięciu należnych podatków pozwala wydać na hulaszcze życie, ale już nie pozwala na pozostawienie ich własnym dzieciom, każąc płacić nowe podatki?</p>
<p>Owszem, życie nie jest sprawiedliwe i kusząca jest wiara, że rząd potrafi naprawić stan zrodzony przez naturę. Trzeba jednak docenić korzyści, jakie każde społeczeństwo odnosi z tej niesprawiedliwości, nad którą tak boleje i dostrzec ogrom niebezpieczeństw czyhających na tych, którzy niesprawiedliwość ową chcą wyeliminować. Nie ma nic sprawiedliwego w oczach bazarowej przekupki, że Marlena Dietrich urodziła się z pięknymi nogami, a w oczach podwórkowego łobuziaka, że Muhammed Ali przyszedł na świat z uzdolnieniami, które pozwoliły mu zostać wielkim bokserem. Czy jednak nie byłoby jeszcze większą niesprawiedliwością pozbawienie wielbicieli przyjemności oglądania ich? Z pewnością nie jest sprawiedliwe, że Ali zarabiał kilka milionów dolarów w jeden wieczór, ale nie występowałby w ringu za pensję dokera.</p>
<p>Niesprawiedliwe jest, że po partii pokera jedni odchodzą od stołu jako wielcy zwycięzcy, inni jako przegrani. Czy zatem w imię sprawiedliwości zwycięzcy powinni zwrócić wygrane? W dłuższej perspektywie nawet przegrani nie życzyliby sobie takiego rozwiązania. Mogłoby ich ono ucieszyć w wieczór porażki, ale czy powróciliby jeszcze kiedyś do stolika wiedząc, że cokolwiek się zdarzy zakończą grę w tym samym punkcie, a jak kiedyś wygrają, to wówczas oni będą musieli oddać zagarniętą przez siebie pulę? Ten przykład ma, zdaniem Friedmana, o wiele większy związek ze światem realnym niż by się mogło komuś wydawać. Każdego dnia podejmujemy przecież decyzje, z którymi wiąże się jakieś ryzyko, ale i szansa wygranej na loterii życia. Czasami są to sprawy wielkie, gdy decydujemy o wyborze zawodu, partnera w małżeństwie lub ważnej inwestycji. Częściej są to sprawy małe, gdy decydujemy na jaki pójść film i czy przejść przez ulicę w niedozwolonym miejscu. Za każdym razem powstaje to samo pytanie: kto ma decydować o podejmowaniu ryzyka? Oczywiście ci, którzy mają ponosić jego konsekwencje.<br />
 <br />
System, w którym ludzie odpowiadają za skutki swego postępowania motywował Henry Forda, Johna Rockefellera, czy Andrew Carnegi&#8217;ego do zaangażowania się w ryzykowne przedsięwzięcia, z których następnie czerpali zyski. Równolegle z gromadzeniem przez nich majątków wzrastała wszakże zamożność całego społeczeństwa. „Henry Ford zdobył fortunę, kraj zdobył tani i niezawodny środek transportu oraz technikę produkcji masowej” &#8211; pisze Friedman. Co więcej, stworzone dzięki istniejącemu systemowi prywatne majątki często przeznaczano na cele społeczne, a fundacje Forda i Rockefellera są tego najwymowniejszym przykładem.</p>
<p>Zadziwiającą konsekwencją systemu łączącego ideały wolności i równości szans jest to, że idea sprawiedliwości też jest w nim realizowana i to niejako sama przez się, bez żadnych ingerencji i stosowania przymusu. Wszędzie zatem, gdzie rozkwita wolność jednostek, a gospodarka zorganizowana jest na zasadach wolnego rynku, regularnie polepszają się warunki życia przeciętnego obywatela. Tam zaś, gdzie państwo, w imię sprawiedliwości i równości społecznej, sprawuje drobiazgową kontrolę nad działalnością gospodarczą obywateli panuje niski standard życia, a ludzie tkwią w pętach politycznych nie mając możliwości kierowania swoim własnym losem. „Każdemu tyle, ile on sam i należące do niego narzędzia pracy wytwarzają” &#8211; to najlepsza, zdaniem Friedmana, reguła podziału dóbr.</p>
<p><em><a href="http://gwiazdowski.biznes.net/blogposts/view/7627-MILTON_FRIEDMAN.html">(źródło)</a></em></p></blockquote>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.eckardt.pl/wolnosci-nie-da-sie-zabic.html/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Vox populi</title>
		<link>http://www.eckardt.pl/vox-populi.html</link>
		<comments>http://www.eckardt.pl/vox-populi.html#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 23 Mar 2009 19:54:38 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Maciej Eckardt</dc:creator>
				<category><![CDATA[Gospodarka]]></category>
		<category><![CDATA[Polityka]]></category>
		<category><![CDATA[posłowie]]></category>
		<category><![CDATA[Sejm]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.eckardt.pl/2009/03/23/vox-populi/</guid>
		<description><![CDATA[Ze zdumieniem obserwuję coraz to nowe pomysły na wykluczenie z życia parlamentarnego i politycznego osób przedsiębiorczych i majętnych. Nadziwić się nie mogę, jak pod wpływem nagonki mediów, w zajadłych komisarzy ludowych przedzierzgają się umiarkowani i liberalni zdawałoby się politycy. Zewsząd zaczyna rozbrzmiewać lewacka pieśń: kapitalista i posiadacz – twój wróg! Jak za dawnych „ludowych” czasów ostrze [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Ze zdumieniem obserwuję coraz to nowe pomysły na wykluczenie z życia parlamentarnego i politycznego osób przedsiębiorczych i majętnych. Nadziwić się nie mogę, jak pod wpływem nagonki mediów, w zajadłych komisarzy ludowych przedzierzgają się umiarkowani i liberalni zdawałoby się politycy. Zewsząd zaczyna rozbrzmiewać lewacka pieśń: kapitalista i posiadacz – twój wróg! Jak za dawnych „ludowych” czasów ostrze populistycznego bełkotu wycelowane zostało w stronę tych, którzy nie oglądając się na łaskę państwa, budują swoje firmy, lokują zarobione pieniądze w akcjach, tworzą swoimi kapitałami giełdę i rynek finansowy.</p>
<p>Na celownik wzięto tych, którzy najciężej pracują i najwięcej ryzykują. Tych, którzy użerają się z fiskusem, ZUS-em i gąszczem absurdalnych przepisów. Tych, którzy wybrali życie na własny rachunek, bo chcą być ludźmi wolnymi. Dzisiaj od stanowiących prawo dowiadują się, że mają siedzieć cicho i zapomnieć o polskim parlamencie, bo tam dla nich miejsca nie ma. A jeśli jakimś cudem o nim zamarzą, to muszą sprzedać dorobek życia lub oddać go we władanie enigmatycznych funduszy powierniczych, bo sprawiedliwość ludowa wymaga, by w polskim sejmie zasiadali – przepraszam za słowo – gołodupcy.</p>
<p>Powstają swoiste  listy proskrypcyjne posłów i senatorów, którzy – co za pech – są posiadaczami akcji i udziałów w różnych spółkach, do czego zresztą mają prawo i co wykazują w swoich oświadczeniach majątkowych. Okazuje się, że to za mało. Mają trafić na listę, bo vox populi wykreowany przez media domaga się krwi i napiętnowania. Ten „głos” sprawia, że na wyścigi w trybie ekspresowym powstają „jasnosikowe” buble prawne, pisane na kolanie, ale ożywcze sondażowo, co pewnikiem zostało przetestowane w badaniach focusowych, bez których ani rusz, jeśli chodzi o polityczne strategie i wojny.</p>
<p>To prawda, że niewielka część parlamentarzystów nadużywa zaufania i próbuje kręcić własne lody. Zawsze to robili, robią i robić będą, bo pokusa ustawiania prawa pod siebie bywa przemożna i nie każdy jest się w stanie jej oprzeć. Od tego, by do nadużyć nie dochodziło, są służby sejmowe, CBA, CBŚ i media. One są od patrzenia parlamentarzystom na ręce, do czego mają wszelkie możliwości, z których – trzeba przyznać – korzystają. Z roku na rok życie publiczne staje się pod tym względem bardziej przejrzyste i transparentne. Z oporami, bo z oporami, ale postęp w tej dziedzinie jednak jest.</p>
<p>Dzisiaj jednak z polskiego parlamentu wychodzi sygnał bardzo zły. W imię rywalizacji politycznej stygmatyzuje się jedną z najwartościowszych warstw społecznych – ludzi przedsiębiorczych. Dowiadują się oni, że należą do szemranej grupy posiadaczy, dla których ławy parlamentu są niedostępne, o ile nie złożą na ołtarzu populizmu swoich akcji, udziałów, a wreszcie firm, będących dorobkiem ich życia. To ewenement. W kraju, który powinien wspierać biznes, zwłaszcza w obliczu nadciągającego kryzysu, serwuje się igrzyska, gdzie na pożarcie rzuca się tych, którzy jako jedyni są w stanie temu kryzysowi rzucić wyzwanie.</p>
<p>Władza ustawodawcza rzuca dzisiaj w twarz milionom aktywnych Polek i Polaków słowa triumfalizmu – możecie łaskawie zasiąść w naszych ławach, ale na warunkach, które my wam podyktujemy. Naiwna to władza, skoro uważa, że „dietetyczni” posłowie będą oazą cnót wszelakich, że staną się nieprzemakalni na korupcję i propozycje „nie do odrzucenia”, a „prywaciarze”, „badylarze” i wszelkiej maści kapitalistyczna „stonka”, z marszu zacznie kuglować przy stanowieniu prawa. Nie wiem jak się to wszystko da pogodzić z zasadą równości obywateli wobec prawa zapisaną w konstytucji, ale w końcu nie takie naigrywanie się z ustawy zasadniczej w Polsce widziano.</p>
<p>Tak oto stworzyliśmy kolejne polskie piekiełko. Nasze, własne, przaśne. Zażeramy się i skaczemy sobie do gardeł, kiedy potrzeba wspólnego wysiłku, by gonić uciekający świat. Kopiemy przedsiębiorców tylko dlatego, że partie nie upilnowały jakichś swoich posłów. Wylewamy nie z kąpielą, ale z partyjną breją, ludzi od których zależy dostatek i pomyślność polskich rodzin. Medialnie szlachtujemy wartościową i potrzebną Polsce tkankę społeczną, bez której nie będzie rozwoju, miejsc pracy i dochodu narodowego. Niszczymy kruche zaufanie obywateli do własnego państwa. Zniechęcamy do udziału w życiu politycznym tych, którzy mogliby wnieść do niego pomysły i praktyczne rozwiązania.</p>
<p>Zmierzamy  ku wyalienowanej kaście posłów i senatorów. Czystych jak łza, nie związanych żadnymi zależnościami, mądrych, doświadczonych, uczciwych, racjonalnych i pełnych pomysłów. Już niedługo każdy poseł będzie mógł powiedzieć, że jest szczęśliwym nieposiadaczem akcji, że – o radości nieziemska! – nie posiada firmy, ani żadnych innych rynkowych obrzydliwości, że obcy jest mu udział w zarządach organizacji pozarządowych i społecznych, które mają do czynienia z gospodarką finansową. Już niedługo będziemy mieli do czynienia z posłami w postaci czystej. Niezmąconej. Krystalicznej.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.eckardt.pl/vox-populi.html/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>&#8220;Opcje&#8221; na partie sprzedam!</title>
		<link>http://www.eckardt.pl/opcje-na-partie-sprzedam.html</link>
		<comments>http://www.eckardt.pl/opcje-na-partie-sprzedam.html#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 25 Feb 2009 20:44:52 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Maciej Eckardt</dc:creator>
				<category><![CDATA[Gospodarka]]></category>
		<category><![CDATA[Polityka]]></category>
		<category><![CDATA[opcje]]></category>
		<category><![CDATA[partie]]></category>
		<category><![CDATA[Sejm]]></category>
		<category><![CDATA[Tusk]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.eckardt.pl/2009/02/25/opcje-na-partie-sprzedam/</guid>
		<description><![CDATA[Pierwsze zadanie rządu: nie będzie zadośćuczynienia instytucjom finansowym i wielkim graczom, którzy teraz ustawiają się w kolejce po publiczne pieniądze, pieniądze podatników. Naszym zadaniem jest chronić ludzi i ich pieniądze, a nie wielkich graczy. Dlatego podjęliśmy wielki wysiłek oszczędzania, dla tych, którzy zasługują na rzetelne wypłaty – powiedział Donald Tusk na ostatnim posiedzeniu Rady Krajowej [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Pierwsze zadanie rządu: nie będzie zadośćuczynienia instytucjom finansowym i wielkim graczom, którzy teraz ustawiają się w kolejce po publiczne pieniądze, pieniądze podatników. Naszym zadaniem jest chronić ludzi i ich pieniądze, a nie wielkich graczy. Dlatego podjęliśmy wielki wysiłek oszczędzania, dla tych, którzy zasługują na rzetelne wypłaty</em> – powiedział Donald Tusk na ostatnim posiedzeniu Rady Krajowej PO. To dobra wiadomość dla polskiej gospodarki. Jeśli rządowi wystarczy determinacji, to stada spekulantów, nieudacznych prezesów firm i hazardzistów finansowych, odejdą z kwitkiem i najzwyczajniej zamkną swoje interesy, jak przystało na prawdziwych bankrutów.</p>
<p>Nie widzę najmniejszej potrzeby, by litować się nad tymi, którzy dali &#8222;wypuścić się&#8221; bankowym stręczycielom na tzw. opcje, które były dobre dopóty, dopóki panom prezesom i domorosłym biznesmenom przynosiły zysk. Kulą u nogi stały się dopiero wówczas, kiedy banki zażądały ich wykupu w cenie i czasie dla siebie dogodnym, co było zgodne z umową. Wielu rodzimych  „krezusów” biznesu – jak się okazuje – nie doczytało umów dokładnie, albo optymistycznie założyło, że kurs złotego to rzecz stała i niewzruszona. Niestety, kurs złotówki poszybował w przestworza, na co czekały zapobiegliwe banki, które nie tylko z odsetek żyją, ale i ludzkiej naiwności.</p>
<p>No i zaczął się lament. Że przez „opcje” padają liczne firmy, które dają ludziom zatrudnienie, że zaczyna się gospodarcza Sodoma i Gomora, że wstrętne banki tuczą się na lichwie i oszustwie, że państwo musi zrobić z tym porządek i kijem obić tłuste dupska zachłannych bankowców, że musi pomóc zrozpaczonym przedsiębiorcom uratować ich majątek (eufemistycznie nazywany „miejscami pracy”, co wymownie zwiększa dramaturgię), najlepiej z państwowej kasy, a w ogóle to najlepiej znacjonalizować to całe bankowe kułactwo w imię sprawiedliwości gospodarczej, bo nie po to Kali robić opcje walutowe, żeby akurat teraz Kalemu kazać te opcje wykupywać.</p>
<p>I tutaj kłania się nieodzowny przy tego typu rozważaniach Friedrich von Hayek, który w swojej fenomenalnej „Konstytucji wolności”, tak raczył odnieść się do kwestii wolności umów, których nienaruszalność jest podstawą państwa prawa:</p>
<blockquote><p>Wolność umów, podobnie jak wolność na każdym innym polu, oznacza w istocie, że zobowiązanie konkretnego aktu zależy jedynie od ogólnych norm, a nie od specjalnej zgody władz. Znaczy to, że ważność i egzekwowalność umowy musi zależeć tylko od tych powszechnych, równych i znanych zasad, które określają wszystkie inne legalne uprawnienia, a nie od zaaprobowania jej konkretnej treści przez jakikolwiek organ władzy państwowej.</p></blockquote>
<p>Tę wolność umów starają się podważyć dzisiaj umoczeni „biznesmeni”, którzy swoją niekompetencją, skłonnością do ryzyka i nonszalancją, chcą się podzielić z budżetem państwa, który w ich mniemaniu jest krowim cyckiem, z którego bez końca można doić forsę obywateli. W tym zakresie jakikolwiek interwencjonizm państwowy – o ile już – powinien być ograniczony do niezbędnego i ściśle określonego minimum, bo każde rozszczelnienie zasad w obrocie kapitałowym, będzie powodować psucie rynku finansowego, niezwykle czułego na nieuzasadnione przeciągi i fluktuacje. Inną sprawą jest, że nadzór bankowy przespał wysyp umów zawieranych na rynku instrumentów pochodnych i obudził się, kiedy mleko było już rozlane. Cóż, jedyna sensowna interwencja państwa, jaka przychodzi mi tutaj na myśl, to kursy dla upadłych prezesów z zakresu czytania umów ze zrozumieniem.</p>
<p>W związku z tzw. „opcjami” pojawiło się wiele wniosków racjonalizatorskich, sugerujących ich ograniczenie, a nawet likwidację. Ja uważam wręcz przeciwnie. Opcje należałoby rozszerzyć na obszary dotychczas nie spenetrowane. Sądzę, że bardzo ciekawą, mogłaby być propozycja zakładania opcji na nasz system polityczno-parlamentarny. Instrumenty polityczne, tak je nazwijmy, byłyby swoistymi <em>kontraktami futures</em> i siłą rzeczy wyznaczałyby wartość partii. Żeby było ciekawiej, instrumenty te można by powiązać z wysokością dotacji, jakie państwo w swojej wyjątkowej rozrzutności co roku partiom płaci. Instrumenty takie mógłby wykupywać elektorat, który niezadowolony ze swoich wybrańców, wiedziałby już jaki z nich zrobić użytek.</p>
<p>Utopia? Wartość (poparcie) dla partii ustalana za pomocą instrumentów pochodnych? Dlaczego nie? Skoro istnieją kontrakty futures na pogodę, obejmujące branże, których wyniki finansowe są uzależnione od warunków pogodowych (rolnictwo, energetyka, turystyka), to dlaczego podobnego instrumentu nie mieliby mieć wyborcy, zawczasu zabezpieczając się przed robieniem ich w bambuko przez ukochane partie? Po co czekać aż cztery lata. No tak, ale co na to powie społeczność międzynarodowa i polityczne salony? Ze spekulantami w każdym razie na pewno dałby się jakoś dogadać. Bo czyż polityka to nie spekulacja?</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.eckardt.pl/opcje-na-partie-sprzedam.html/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Zamiast gazu &#8211; gazrurka</title>
		<link>http://www.eckardt.pl/zamiast-gazu-gazrurka.html</link>
		<comments>http://www.eckardt.pl/zamiast-gazu-gazrurka.html#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 07 Jan 2009 10:41:22 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Maciej Eckardt</dc:creator>
				<category><![CDATA[Gospodarka]]></category>
		<category><![CDATA[Polityka]]></category>
		<category><![CDATA[Gruzja]]></category>
		<category><![CDATA[Rosja]]></category>
		<category><![CDATA[Ukraina]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.eckardt.pl/2009/01/07/zamiast-gazu-gazrurka/</guid>
		<description><![CDATA[Rosja zakręciła kurki z gazem płynącym przez Ukrainę. Do Polski dociera on już tylko przez Białoruś. Rząd w trybie ekspresowym przygotował rozporządzenie, które ma regulować (czyt. ograniczać) dostawy gazu dla polskiego przemysłu. Wygląda to nawet sensacyjnie, bo mamy środek zimy (pechowo akurat mroźnej), początek spowolnienia gospodarczego i towarzyszącej temu wariacji na warszawskiej giełdzie. Niby nie jesteśmy [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Rosja zakręciła kurki z gazem płynącym przez Ukrainę. Do Polski dociera on już tylko przez Białoruś. Rząd w trybie ekspresowym przygotował rozporządzenie, które ma regulować (czyt. ograniczać) dostawy gazu dla polskiego przemysłu. Wygląda to nawet sensacyjnie, bo mamy środek zimy (pechowo akurat mroźnej), początek spowolnienia gospodarczego i towarzyszącej temu wariacji na warszawskiej giełdzie. Niby nie jesteśmy sami, bo gazu wcale już nie otrzymują Czechy, Słowacja, Rumunia i Bułgaria, ale co to za pociecha.</p>
<p>Na szczęście gazu w domu nie używam, ale rozumiem zaniepokojenie znajomych, którzy od gazu są uzależnieni. Nerwowo patrzą w telewizję, bo każda zapowiedź o jakimkolwiek ograniczeniu dostaw tego surowca wywołuje u nich skurcz kieszeni, bo wiedzą, że kiedy maleje podaż, to rosną ceny, pomimo, że nad nimi czuwa państwo. Zadowolenie przejawiają jedynie ci, którzy przeszli na ogrzewanie olejowe, bo cena ropy spadła do poziomu zacnego, udowadniając przy okazji, że w żaden sposób nie jest powiązana z cenami gazu, co sugerowały stada spekulantów i giełdowych hochsztaplerów.</p>
<p>Tymczasem Rosja realizuje swój ulubiony scenariusz walenia niepokornych gazrurką po grzbiecie, co jest taktyką ogólnie znaną i nie zaskakującą. Kraj, który potęgę zbudował na wydobyciu i tranzycie swoich surowców energetycznych, nie ma innej  – poza militarną – możliwości realizowania narodowych interesów. Dlatego Rosja w zależności od sytuacji będzie przykręcać i poluzowywać gazowe kurki, wyszukując przy okazji kozła ofiarnego, w tym przypadku Ukrainę. Ta jednak – jak się okazuje – aż taką ofiarą nie była, skoro niedźwiedziowi pod bokiem kradła gaz na potęgę (ca. 20 proc.), co ten musiał z zaciśniętymi zębami znosić od czasu rozpadu &#8222;Imperium&#8221;. Jak się okazało – do czasu.</p>
<p>Przy okazji gazowej zadymy do głosu w kraju nad Wisłą dochodzą „fachowcy”, którzy w różnych mediach prawią, że gaz trzeba sprowadzać skąd się da, nawet z Afryki, bo najważniejsza jest dywersyfikacja. Niby prawda, ale co to za dywersyfikacja, jeśli zakupionego gdzieś tam w świecie gazu, a nawet złoża, sprowadzić do Polski się nie da, bo jak i czym? Co z tego, że nasze firmy polują w świecie na tani surowiec, skoro on tani jest tylko na miejscu, a po sprowadzeniu znacznie droższy, niż ten – niestety – ze wschodu. Gwoli prawdy dodać tu trzeba, że bezpieczeństwo energetyczne kosztuje, nawet sporo, ale nikt do końca nie określił ile. A to kwestia, co by nie powiedzieć, chyba jednak ważna.</p>
<p>W tym całym kociokwiku najbardziej przemawia do mnie myśl taka, że gazu powinniśmy szukać przede wszystkim u siebie, bo ponoć ten gaz jest. Tutaj rola państwa powinna być znacznie aktywniejsza, o czym słusznie zdaje się od dawna mówić szef ludowców Waldemar Pawlak, tyle że jakoś to wszystko uchodzi w przestrzeń i stamtąd w postaci sensownych uregulowań prawnych już nie wraca. A potrzeba w tym zakresie jest pilna, bo jeżeli – nie daj Boże – pan Aleksander Łukaszenka dostanie nagłej antypolskiej czkawki, to momentalnie czkać zacznie cała polska gospodarka, za nią nasi obywatele i ich portfele, a tego życzylibyśmy sobie najmniej.</p>
<p>Mam też nadzieję – a propos całego zamieszania – że nasza  prezydencka „insurekcyjna trupa objazdowa” nie wyruszy, jak miało to miejsce w przypadku Gruzji , na wojnę z „Ruskimi”, bo interesu specjalnego w tym – podobnie jak tam – nie mamy, bo nie jest naszą rolą ustalanie, kto komu ile gazu ukradł, zwłaszcza, że jedni i drudzy w tym zakresie do świętoszków nie należą. To walka gazowej oligarchii o kontrolę nad siecią transportową, bez której handel gazem nie mógłby istnieć. Nakłada się na to ukraińska karuzela polityczna, na której Rosja lubi sobie pojeździć. Nas na tę rozpędzoną karuzelę ciągnąć nie powinno.</p>
<p>Wbrew pozorom na całe to zamieszanie patrzę spokojnie, bo w końcu jakoś się to rozejdzie po kościach, bo dłuższe perturbacje w dostawach gazu do UE sprawią, że ani Rosja, ani Ukraina na tym grosza nie zarobią, zwłaszcza, że ceny surowców energetycznych szybko zaczynają tanieć. Niebezpiecznie wzrosnąć mogą zapasy niesprzedanego surowca, a to znowu dla Rosji i Ukrainy groźba obniżki jego ceny. A co jak co, ale liczyć to wszędzie potrafią, także na wschodzie, tyle że czasami z większymi fajerwerkami. No i czasami myli się tam komuś gaz z gazrurką. Ale, cóż taka tradycja…</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.eckardt.pl/zamiast-gazu-gazrurka.html/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Niech żyje krach :)</title>
		<link>http://www.eckardt.pl/niech-zyje-krach.html</link>
		<comments>http://www.eckardt.pl/niech-zyje-krach.html#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 30 Sep 2008 07:00:56 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Maciej Eckardt</dc:creator>
				<category><![CDATA[Gospodarka]]></category>
		<category><![CDATA[kryzys]]></category>
		<category><![CDATA[opcje]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.eckardt.pl/2008/09/30/niech-zyje-krach/</guid>
		<description><![CDATA[Ach jak miło. Bandy wydrwigroszy, spekulantów i złodziei nie dostaną forsy za friko. Oto, jak donoszą media, tak zwany plan Paulsona, zakładający wykupienie przez państwo &#8222;złych&#8221; kredytów odrzuciła wczoraj Izba Reprezentantów Stanów Zjednoczonych. Zawiedziony jest prezydent George Bush i sam Barack Obama, który filozoficznie stwierdził, że trzeba zachować spokój. Tym samym, póki co, koło nosa [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a title="wallnyse1.jpg" href="http://www.eckardt.pl/wp-content/uploads/2008/09/wallnyse1.jpg" rel="shadowbox[post-470];player=img;"><img class="prawy" src="http://www.eckardt.pl/wp-content/uploads/2008/09/wallnyse1.miniatura.jpg" alt="wallnyse1.jpg" width="126" height="155" /></a>Ach jak miło. Bandy wydrwigroszy, spekulantów i złodziei nie dostaną forsy za friko. Oto, jak donoszą media, tak zwany plan Paulsona, zakładający wykupienie przez państwo &#8222;złych&#8221; kredytów odrzuciła wczoraj Izba Reprezentantów Stanów Zjednoczonych. Zawiedziony jest prezydent George Bush i sam Barack Obama, który filozoficznie stwierdził, że <em>trzeba zachować spokój.</em></p>
<p>Tym samym, póki co, koło nosa przeszła pazernym pijawkom z Wall Street kasiora rzędu 700 miliardów dolarów (nie warto sobie nawet tego wyobrażać), jaką rząd USA postanowił wpompować w system finansowy, ratując umoczone w krach hipoteczny banki i instytucje finansowe. Do kasiory uśmiechały się już tysiące spekulantów, witały się już z nią tuzy giełdowe i cała ferajna finansowa, której „talenty” i chciwość doprowadziły do tego, co właśnie obserwujemy. </p>
<p>Na tę dobrą w sumie wiadomość fatalnie zareagowała nowojorska giełda, której indeks Dow Jones stracił 6,98 proc. (777 pkt), co jest najwyższą punktową stratą w historii. Rynek Nasdaq w tym czasie obniżył się o 9,14 proc. Wzbierającą panikę podkręcają już nie tylko upadające banki (np. aktywa upadającego banku Wachovia, do niedawna czwartego pod względem wielkości banku w USA, kupiła za śmieszną kwotę 2,2 mld USD Citigroup), ale znane firmy sektora paliwowego jak Chevron i Exxon Mobil, których akcje ostro zanurkowały.</p>
<p>Oczywiście finansowa złota międzynarodówka doprowadzi w końcu do wydojenia amerykańskich podatników, by ratować swoje geszefty, bo splot wzajemnych zależności pomiędzy polityką i biznesem w USA jest na tyle mocny, że nie ma mowy o jakimkolwiek rozziewie pomiędzy nimi. Dlatego też najprawdopodobniej w przyszłym tygodniu „pomoc finansowa” dla amerykańskich banków zostanie uchwalona bez specjalnych problemów.</p>
<p>W międzyczasie media urobią durnowate społeczeństwo amerykańskie, że najlepiej pijawkom dać nie marne 700 mld dolarów, ale okrągły bilionik (oficjalne sugestie), bo a nuż okaże się, że zabraknie na ratowanie &#8222;systemu&#8221;, a tak się przecież nie godzi. W tym wszystkim zastanawia mnie drobny fakt, że za całe to „drobne” zamieszanie nikt nie odpowiada, nikt nie siedzi, nikt nie palnął sobie w łeb, nikogo nie powiesili i nie rozszarpali na strzępy. Nic, dosłownie nic się nie dzieje. Ot, sflaczała nam Ameryka.</p>
<p>A u nas? A u nas również pijawek nie brakuje. Ciężko dyszeć zaczynają Fortis Bank i największa pijawka wśród pijawek PEKAO SA. Tej ostatniej szczęścia nie życzę, bo powodów, ze względu na osobiste doświadczenia, nie mam ku temu najmniejszych. Drodzy, aroganccy, chciwi i bezczelni.</p>
<p>Reasumując&#8230; A co tam, napiszę to co czuję &#8211; niech żyje krach! Niech pryska wreszcie ta rozdęta bańka mydlana.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.eckardt.pl/niech-zyje-krach.html/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Rynki finansowe, czyli załamanie wiary</title>
		<link>http://www.eckardt.pl/rynki-finansowe-czyli-zalamanie-wiary.html</link>
		<comments>http://www.eckardt.pl/rynki-finansowe-czyli-zalamanie-wiary.html#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 15 Sep 2008 21:19:47 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Maciej Eckardt</dc:creator>
				<category><![CDATA[Gospodarka]]></category>
		<category><![CDATA[giełda]]></category>
		<category><![CDATA[rynki finansowe]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.eckardt.pl/2008/09/15/rynki-finansowe-czyli-zalamanie-wiary/</guid>
		<description><![CDATA[Gewałt na rynkach finansowych. Hiobową okazała się informacja, że europejskie banki centralne na wieść o upadku amerykańskiego banku Lehman Brothers wpompowały w system finansowy miliardy euro i funtów szterlingów. Jak doniosły media, Europejski Bank Centralny zaoferował instytucjom finansowym 30 miliardów euro, a Bank of England &#8211; 5 miliardów funtów szterlingów. W obu wypadkach popyt był kilkakrotnie [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Gewałt na rynkach finansowych. Hiobową okazała się informacja, że europejskie banki centralne na wieść o upadku amerykańskiego banku Lehman Brothers <em>wpompowały w system finansowy miliardy euro i funtów szterlingów</em>. Jak doniosły media, <em>Europejski Bank Centralny zaoferował instytucjom finansowym 30 miliardów euro, a Bank of England &#8211; 5 miliardów funtów szterlingów. W obu wypadkach popyt był kilkakrotnie większy od podaży. Dodatkowo ogłoszono , że tzw. globalne konsorcjum banków ogłosiło w Nowym Jorku utworzenie poolu (70 miliardów USD), co ma  zapobiec ogólnoświatowej panice na giełdach.</em> Jednym słowem powiało grozą, którą i tak wiało już od dawna.</p>
<p>Obserwując tak zwane rynki finansowe dojść można do wniosku, że mamy do czynienia z nową <strong>świecką religią</strong>. Religia ta &#8211; co warto zauważyć &#8211; posiada wszelkie potrzebne jej atrybuty, a więc: swoisty <strong>uniwersalizm finansowy</strong> (cały aparat pojęciowy, systemat finansów międzynarodowych), główne <strong>centra kultu</strong> (najważniejsze giełdy światowe) oraz pomniejsze dystrykty (giełdy lokalne), <strong>rytuał</strong> (misterium odbywające się między otwarciem i zamknięciem giełdy), <strong>kapłanów</strong> (maklerzy), <strong>parafie</strong> (domy maklerskie), <strong>wyznawców</strong> (giełdowi gracze i posiadacze rachunków maklerskich) i <strong>kaznodziejów</strong> (tzw. eksperci i doradcy). Kiedy jeszcze dodamy do tego liczne media propagujące wiarę finansową (stacje ekonomiczne i giełdowe, codzienne rubryki w gazetach), możemy śmiało mówić o religii triumfującej.</p>
<p>Bożek świeckiej wiary &#8211; jak na bożka przystało &#8211; nagradza pojętnych i wiernych wyznawców <strong>hossą</strong>, a niezbyt rozgarniętych i mało uważnych karze <strong>bessą</strong>. Każdy z wyznawców rozpoczyna dzień od porannej gorliwej medytacji (nabożne czytanie tabel kursów i indeksów) i taką samą medytacją dzień kończy. I choć wiara finansowa jest systematem dość niejednolitym, gdyż mamy w jej ramach różne ryty i zwalczających się proroków, to jednak zdołała ona wypracować swój kod porozumiewawczy i nieodzowną metafizykę.</p>
<p>Religia ta, jak również jej wyznawcy, co ciekawe, nie znoszą rozdziału religii finansowej od państwa. Ba, dążą do swoistej teokracji finansowej, a w niektórych przypadkach wręcz do fundamentalizmu. Nowa religia potrafi bezwzględnie dyscyplinować krnąbrne narody, co na własnej skórze odczuła onegdaj wierna córa finansowej oligarchii Anglia. Próbując ratować w 1992 roku rodzimego funta, została wypchnięta z europejskiego koszyka walutowego przez guru światowych finansów Georga Sorosa. Boleśnie supłając miliardowe daniny na utrzymanie wartości swojej waluty w kilka dni napełniła sorosową kieszeń okrągłą sumką miliarda dolarów.</p>
<p>Siłą finansowej religii jest to, że łączy w sobie różne opcje i nurty polityczne. Ani lewica, ani prawica, nie kwestionują prymatu giełdy nad sferą finansowo-gospodarczą państwa, co najwyżej stosują inną egzegezę wybranych elementów systemu. Przychodzi im o tyle łatwo, że wiara finansowa nie jest systemem formalnie zhierarchizowanym i daje poszczególnym kaznodziejom wolną rękę, oczywiście w ramach wypracowanej przez stulecia tradycji, stale zresztą udoskonalanej.<br />
 <br />
Tymczasem na koniec pozwolę sobie przytoczyć jakże „optymistyczną” informację Międzynarodowego Funduszu Walutowego:</p>
<blockquote><p>Międzynarodowy Fundusz Walutowy spodziewa się, że straty sektora finansowego na świecie z powodu kryzysu subprime wyniosą <strong>1 bilion USD</strong> &#8211; powiedział dyrektor zarządzający MFW Dominique Strauss-Kahn.</p></blockquote>
<p>I jakby w temacie:</p>
<blockquote><p>Według szacunków firmy Challenger, Gray &amp; Christmas od początku kryzysu subprime firmy z Wall Street zwolniły łącznie około 100 tys. osób. Prognozy nadal są niewesołe. Według danych Independent Budget Office, apolitycznej organizacji kontrolującej finanse Nowego Jorku, do czerwca przyszłego roku miasto straci około 33 tys. miejsc pracy w sektorze finansów. Będzie ich o 7,1 proc. mniej niż w szczytowym momencie 2007 r. Co druga osoba pracująca na wtórnym rynku dłużnym nie otrzyma w tym roku premii albo pożegna się z posadą &#8211; szacuje z kolej firma headhuntingowa Maloney Inc. Analitycy przewidują, że Wall Street może w sumie ograniczyć zatrudnienie o 20-25 proc., jeśli dalsza sytuacja gospodarcza będzie się pogarszać.</p></blockquote>
<p>Tyle doniesień z pierwszego dnia okrzykniętego &#8222;czarnym poniedziałkiem&#8221;. Przed nami dni kolejne.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.eckardt.pl/rynki-finansowe-czyli-zalamanie-wiary.html/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Milton Friedman</title>
		<link>http://www.eckardt.pl/milton-friedman.html</link>
		<comments>http://www.eckardt.pl/milton-friedman.html#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 20 Nov 2007 17:43:32 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Maciej Eckardt</dc:creator>
				<category><![CDATA[Gospodarka]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.eckardt.pl/2007/11/20/milton-friedman/</guid>
		<description><![CDATA[Przed kilkoma dniami minęła pierwsza rocznica śmierci Miltona Friedmana, jednego z najwybitniejszych myślicieli wolnorynkowych, którego myśl ekonomiczna wywarła wpływ nie tylko na świat naukowy, ale z powodzeniem znalazła ujście w konkretnych rozwiązaniach politycznych. Należał do bezkompromisowych propagatorów wolnego rynku i jak najmniejszej obecności państwa w gospodarce. Zaliczany jest do czołowych twórców tzw. chicagowskiej szkoły ekonomii. Doradzał w [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://www.eckardt.pl/wp-content/uploads/2007/11/milton-president-reagan.jpg" title="milton-president-reagan.jpg" rel="shadowbox[post-310];player=img;"></a><a href="http://www.eckardt.pl/wp-content/uploads/2007/11/milton-president-reagan1.jpg" title="milton-president-reagan1.jpg" rel="shadowbox[post-310];player=img;"><img width="179" src="http://www.eckardt.pl/wp-content/uploads/2007/11/milton-president-reagan1.miniatura.jpg" alt="milton-president-reagan1.jpg" height="120" style="width: 179px; height: 120px" class="prawy" /></a>Przed kilkoma dniami minęła pierwsza rocznica śmierci Miltona Friedmana, jednego z najwybitniejszych myślicieli wolnorynkowych, którego myśl ekonomiczna wywarła wpływ nie tylko na świat naukowy, ale z powodzeniem znalazła ujście w konkretnych rozwiązaniach politycznych. Należał do bezkompromisowych propagatorów wolnego rynku i jak najmniejszej obecności państwa w gospodarce. Zaliczany jest do czołowych twórców tzw. chicagowskiej szkoły ekonomii. Doradzał w sprawach ekonomicznych prezydentowi Ronaldowi Reaganowi, wpływając tym samym w znaczący sposób na jego myślenie o gospodarce.</p>
<p>Hołubiony był przez środowiska “wolnościowe” na całym świecie, zwłaszcza za barwny język, celne riposty i siłę argumentów. Jego bezkompromisowość w piętnowaniu ingerencji państwa w gospodarkę sprawiła, że szybko doszlusował do najbardziej wpływowych ekonomistów XX wieku. Ze zrozumiałych względów stał się obiektem admiracji partii prawicowych. Był gorącym orędownikiem wolności jednostki, która - jak wskazywał - może realizować się tylko w warunkach gospodarki wolnorynkowej.<br />
 <br />
Friedman był zwolennikiem gospodarki na wskroś wolnorynkowej. Uważał ją za środek na drodze do realizacji celu, jakim była dla niego wolność jako taka. Za warunek sine qua non  rozwoju gospodarczego uważał niskie wydatki rządu ograniczone przez budżet, jak najmniejszą ilość przepisów regulujących rynek, niskie podatki i – co oczywiste – wolny rynek. Dał się poznać jako niezmordowany przeciwnik etatyzmu, w którym widział raka toczącego instytucje państwa.</p>
<p>Był pomysłodawcą &#8222;Dnia wolności podatkowej&#8221;, w którym, jak uroczo stwierdził: &#8222;kończymy pracować na państwo, a zaczynamy na siebie&#8221;. Stał się autorem wielu celnych bon-motów, takich jak: „Nie istnieje coś takiego jak darmowy obiad”, czy „Inflacja jest formą podatku, który można nałożyć bez ustawy”.</p>
<p>W 1979 roku, razem z żoną Rose wydał książkę “Wolny wybór”, która z miejsca podbiła czytelników, stając się obowiązkową lekturą dla wszystkich, którzy interesują się polityką i gospodarką. Pomimo, że od czasów jej napisania upłynęło sporo czasu, to wciąż zaskakuje ona świeżością i trafnością spostrzeżeń. Jest orężem dla stronników wolności oraz intelektualnym biczem na socjalistyczny bełkot i socjalną “urawniłowkę”.</p>
<p>W 1976 Milton Friedman został laureatem nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii za „dokonania w zakresie analizy konsumpcji, historii i teorii monetarnej oraz za pokazanie złożoności polityki stabilizacji”.<br />
 </p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.eckardt.pl/milton-friedman.html/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Czy Jarosław Kaczyński jest Warrenem Buffetem?</title>
		<link>http://www.eckardt.pl/czy-jaroslaw-kaczynski-jest-warrenem-buffetem.html</link>
		<comments>http://www.eckardt.pl/czy-jaroslaw-kaczynski-jest-warrenem-buffetem.html#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 07 Sep 2007 20:55:28 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Maciej Eckardt</dc:creator>
				<category><![CDATA[Gospodarka]]></category>
		<category><![CDATA[Polityka]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.eckardt.pl/2007/09/07/czy-jaroslaw-kaczynski-jest-warrenem-buffetem/</guid>
		<description><![CDATA[Rynki finansowe, niczym słynna społeczność międzynarodowa, zawładnęły arsenałem pojęć, mających porządkować im świat i tłumaczyć jego skomplikowaną naturę, zwłaszcza na styku gospodarki i polityki. Każdego dnia w audycjach gospodarczych największych stacji telewizyjnych wyzierają z ekranów elegancko wyfraczeni młodzi, pełni zapału eksperci różnych domów maklerskich, banków, funduszy inwestycyjnych, czy towarzystw ubezpieczeniowych. Z marsowymi minami cedzą, zauważają, analizują, [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://www.eckardt.pl/wp-content/uploads/2007/09/1370606_buffet2.jpg" title="1370606_buffet2.jpg" rel="shadowbox[post-239];player=img;"><img src="http://www.eckardt.pl/wp-content/uploads/2007/09/1370606_buffet2.miniatura.jpg" alt="1370606_buffet2.jpg" class="prawy" /></a>Rynki finansowe, niczym słynna społeczność międzynarodowa, zawładnęły arsenałem pojęć, mających porządkować im świat i tłumaczyć jego skomplikowaną naturę, zwłaszcza na styku gospodarki i polityki. Każdego dnia w audycjach gospodarczych największych stacji telewizyjnych wyzierają z ekranów elegancko wyfraczeni młodzi, pełni zapału eksperci różnych domów maklerskich, banków, funduszy inwestycyjnych, czy towarzystw ubezpieczeniowych. Z marsowymi minami <em>cedzą,</em> <em>zauważają</em>, <em>analizują</em>, <em>prognozują</em>.</p>
<p>Prawdę z ich ust spijają media, niosąc w lud funta kłaków warte analizy i domniemania. <em>Kurs akcji zmalał</em>, <em>indeks poszedł w górę</em>, <em>inwestorzy się niepokoją</em>, <em>bessa za nami</em>, a <em>papiery dłużne rządu straciły na wiarygodności</em> &#8211; z troską na twarzy recytują wyuczone formułki zaklinacze rzeczywistości. Wszystko to służy oczywiście wywieraniu wpływu na politykę, bo czyż można być obojętnym, kiedy zaniepokojenie lub uznanie wyrażają wpływowe rynki finansowe? Któż nie ulegnie tej presji i blichtrowi świątyń współczesnych finansów. Nawet sympatyczny premier Marcinkiewicz jedną ze swoich konferencji zorganizował na warszawskiej giełdzie, która nagrodziła go za to wzrostem notowań indeksu.</p>
<p>Jaki się okazuje, rynkami finansowymi można walić każdy rząd po głowie, bez szczególnych konsekwencji. Stały się one zgrabną gazrurką do naganiania opornych na nową świecką <strong>wiarę</strong> finansową, która - co warto zauważyć - ma wszelkie potrzebne jej atrybuty &#8211; swoisty <strong>uniwersalizm</strong> finansowy (tzw. finanse międzynarodowe), główne <strong>centra kultu</strong> (najważniejsze giełdy światowe), <strong>rytuał</strong> (misterium odbywające się między otwarciem i zamknięciem giełdy), <strong>kapłanów</strong> (maklerzy), <strong>parafie</strong> (domy maklerskie), świadomych <strong>wyznawców</strong> (posiadacze rachunków maklerskich) i <strong>kaznodziejów</strong> (tzw. eksperci i doradcy). Kiedy jeszcze dodamy do tego media propagujące wiarę finansową, możemy śmiało mówić o fenomenie.</p>
<p>Bożek nowej wiary, jak na bożka przystało, nagradza pojętnych i wiernych wyznawców (hossa) oraz karze (bessa) niezbyt rozgarniętych i uważnych parafian. Każdy z wyznawców rozpoczyna dzień od porannej medytacji (nabożne czytanie tabel kursów i indeksów) i taką samą medytacją dzień kończy. I choć wiara finansowa jest systematem niejednolitym, gdyż mamy w jej ramach różne ryty i proroków (często się zwalczających), to jednak zdołała wypracować swój kod porozumiewawczy i swoistą metafizykę.</p>
<p>Religia ta oraz jej wyznawcy nie znoszą, co ciekawe, rozdziału od państwa. Ba, dążą do swoistej teokracji, a w niektórych przypadkach wręcz fundamentalizmu. Mamy zatem państwa teokracji finansowej, które niosą w świat nową wiarę, a na ich czele nierzadko czynnych hierarchów finansowych, co w przypadku &#8222;wyznań niefinansowych&#8221; byłoby nie do pomyślenia. Nowa religia potrafi też bezwzględnie dyscyplinować. Gniew kapłanów na własnej skórze za odstępstwo od ortodoksji odczuła swego czasu nawet wierna córa finansowej oligarchii, którą jest Anglia, kiedy została wypchnięta z europejskiego koszyka walutowego przez guru finansów Georga Sorosa, płacąc miliardowe daniny na rzecz obrony rodzimej waluty.</p>
<p>Siłą nowej religii jest to, że łączy w sobie różne opcje i nurty polityczne. Ani lewica, ani prawica nie kwestionują prymatu giełdy nad sferą finansowo-gospodarczą, co najwyżej stosują inną egzegezę wybranych elementów systemu. Przychodzi im o tyle łatwo, że wiara finansowa nie jest systemem formalnie zhierarchizowanym i bardziej opiera się na punktach brzegowych, dając poszczególnym kaznodziejom wolną rękę, oczywiście w ramach wypracowanej tradycji.</p>
<p>Oczywiście to, co napisałem jest przerysowaniem i proszę ewentualnych tropicieli finansowej Bestii z Brukseli, kodów kreskowych i chipów na czole o nie uleganie tej wizji. Ma ona tylko dać oddech od namolnej agitacji i wróżenia z fusów kapłanów nowomowy ekonomicznej uprawianej w mediach elektronicznych, ku uciesze bardziej lub mniej świadomych akcjonariuszy, czyli wyznawców. A swoją drogą, skoro jesteśmy przy pojęciach finansowych, bardzo ciekawą mogłaby być propozycja zastosowania w naszym systemie polityczno-partyjnym tzw. opcji, z prawem jej realizacji przed upływem kadencji. Ciekawe, jak takie instrumenty polityczne (swoiste <em>derywaty</em> partyjne vel <em>kontrakty futures</em>) wyznaczałyby wartość danej partii. Takie swoiste instrumenty pochodne byłyby dla partii politycznych znacznie lepszą przesłanką do ustalania strategii, jej dyscyplinowania, niż wszystkie badania opinii publicznej razem wzięte. Instrumentem takim dysponowałby bowiem elektorat, który niezadowolony ze swoich wybrańców wiedziałby już jaki z niego zrobić użytek.</p>
<p>Utopia? Wartość (poparcie) dla partii ustalana za pomocą instrumentów pochodnych? Dlaczego nie, skoro Euronext, jeden z największych rynków instrumentów pochodnych w Europie, jako pierwszy zaczął onegdaj przebąkiwać o nowym instrumencie &#8211; kontrakacie futures na pogodę. Chodziło oczywiście o branże, których wyniki finansowe są uzależnione od warunków pogodowych (rolnictwo, energetyka, turystyka). Skoro biznes może zabezpieczać się stosownymi instrumentami przed ryzykiem związanym ze zmianami pogody, to równie dobrze z podobnego instrumentu mogliby korzystać wyborcy, zawczasu zabezpieczając się przed robieniem ich w bambuko przez partie desygnowane przez nich do parlamentu. Po co czekać aż cztery lata. Ale co na to powie społeczność międzynarodowa i demokracja? Strach pomyśleć.</p>
<p>Póki co, mamy przedterminowe wybory, a więc tradycyjne rozwiązanie. I co ciekawe, akcje firmy, która je ogłosiła i zaryzykowała oddając władzę, mocno poszybowały w górę. Czyżby Jarosław Kaczyński był polskim politycznym Warrenem Buffetem?</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.eckardt.pl/czy-jaroslaw-kaczynski-jest-warrenem-buffetem.html/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Panel w &#8220;Gazecie Prawnej&#8221;</title>
		<link>http://www.eckardt.pl/panel-w-gazecie-prawnej.html</link>
		<comments>http://www.eckardt.pl/panel-w-gazecie-prawnej.html#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 22 Nov 2006 16:11:36 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Maciej Eckardt</dc:creator>
				<category><![CDATA[Gospodarka]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://test.w.bydgoszcz.pl/2006/11/22/panel-w-gazecie-prawnej/</guid>
		<description><![CDATA[&#8222;Gazeta Prawna&#8221; publikuje relację z panelu redakcyjnego &#8222;Czy Polska powinna otwierać rynek pracy?&#8221;. Wziąłem w nim udział. Temat ważny i pilny, zważywszy na dramatyczny brak rąk do pracy, zwłaszcza w sektorze budowlanym i rolniczym. Migracja zarobkowa Polaków bezlitośnie obnażyła płytkość naszego rynku pracy, który szybko się wypłukuje z pracowników, i co niepokojące, także w zawodach [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>&#8222;Gazeta Prawna&#8221; publikuje relację z panelu redakcyjnego &#8222;Czy Polska powinna otwierać rynek pracy?&#8221;. Wziąłem w nim udział. Temat ważny i pilny, zważywszy na dramatyczny brak rąk do pracy, zwłaszcza w sektorze budowlanym i rolniczym. Migracja zarobkowa Polaków bezlitośnie obnażyła płytkość naszego rynku pracy, który szybko się wypłukuje z pracowników, i co niepokojące, także w zawodach specjalistycznych. Absurdalność wielu przepisów, nadmierny formalizm, zbyt duże narzuty na płace, skutecznie paraliżują jakiekolwiek rozsądne wyjście z sytuacji. Co ciekawe, wszyscy się z tym zgadzają, łącznie z przedstawicielami rządu. Efekt? Żaden. Poniżej relacja z panelu.</p>
<p><strong>CZY POLSKA POWINNA OTWIERAĆ RYNEK PRACY?</strong></p>
<p><em>Resort pracy chce ułatwić zatrudnianie w Polsce pracowników ze Wschodu. Działania te są odpowiedzią na postulaty pracodawców, którym brakuje fachowców. Sama tylko branża budowlana może od zaraz przyjąć do pracy 200 tys. osób.</em></p>
<p><strong><em>Co oznacza otwarcie na Unię?</em></strong></p>
<p><em><strong>Janusz Grzyb</strong><br />
Od stycznia 2007 r. Polska zniesie ograniczenia dotyczące możliwości zatrudniania obywateli wszystkich krajów tzw. starej Unii oraz Bułgarii i Rumunii, które od nowego roku przystąpią do UE. Jeśli chodzi o kraje dawnej Piętnastki, to nasza decyzja dotyczy tylko tych państw, które do tej pory nie otworzyły dla Polaków rynków pracy. Obywatele krajów, które nie wprowadzały tzw. okresów przejściowych, jak na przykład Wielkiej Brytanii i Irlandii oraz tych, które po maju 2004 r. otwierały dla nas rynki pracy, mogą obecnie pracować w Polsce bez zezwoleń.</em></p>
<p><em><strong>Henryk Michałowicz</strong><br />
Pozytywnie oceniamy decyzję rządu. Polska zawsze, gdy otwierała się na Europę czy świat, korzystała na tym. Jednak jej znaczenie będzie miało marginalny charakter. Trudno się spodziewać, że do Polski masowo przyjadą obywatele z krajów Unii. Mamy jednak nadzieję, że nasza decyzja przyczyni się do tego, że pozostałe kraje też będą otwierać swoje rynki.</em></p>
<p><em><strong>Jan Klimek</strong><br />
To dobrze, że Polska otwiera rynek pracy. Nie będzie to jednak miało znaczenia dla naszej sytuacji. Jako branża rzemieślnicza obawiamy się raczej masowej emigracji młodych za granicę. Do mnie jako prezesa Katowickiej Izby Rzemieślniczej często zwracają się uczniowie, prosząc, aby egzamin np. na wędliniarza czy piekarza odbył się szybciej bo nie mogą się doczekać wyjazdu za granicę.</em></p>
<p><em><strong>Janusz Zaleski</strong><br />
Decyzja rządu jest dobra, choć praktycznie bez znaczenia. Może jedynie zachęcić pozostałe kraje UE do otwierania rynków pracy.</em></p>
<p><em><strong>Janusz Grzyb</strong><br />
Komisja Europejska bardzo pozytywnie oceniła decyzję Polski. Zdajemy sobie sprawę, że nie spowoduje ona, że do Polski masowo zaczną przyjeżdżać do pracy obywatele krajów UE, Bułgarii i Rumunii. Nie jesteśmy aż tak atrakcyjnym rynkiem. W 2005 r. dla obywateli dwóch ostatnich krajów wydaliśmy 250 zezwoleń na pracę. Z Rumunii i Bułgarii przyjedzie do nas najwyżej około 1000 osób.<br />
Gdzie brakuje rąk do pracy?</em></p>
<p><em><strong>Janusz Zaleski</strong><br />
Szacujemy, że w budownictwie brakuje 200 tys. pracowników. Firmy stoją przed widmem niewywiązania się z kontraktów, bo nie mają ludzi. W branży budowlanej musimy zatrudnić od zaraz co najmniej 100 tys. osób.<br />
Na nasze apele o daleko idące ułatwienia dotyczące zatrudniania pracowników zza wschodniej granicy resort odpowiada, że w urzędach pracy jest zarejestrowanych 100 tys. bezrobotnych mających kwalifikacje związane z budownictwem. Prośby o kierowanie do nas takich osób nie odnoszą skutku. W Opolu chcemy zatrudnić w jednym z przedsiębiorstw prawie 50 osób, a z urzędu pracy przyszła do nas jedna osoba. W Warszawie jest podobnie.</em></p>
<p><em><strong>Maciej Eckardt</strong><br />
Nie tylko branża budowlana szuka pracowników. Zapotrzebowanie na ludzi napływa też z branży spożywczej czy przetwórczej. Ostatnio jedna z firm zgłosiła do urzędu zapotrzebowanie na 200 pracowników branży budowlanej. Mieli zarabiać od 900 zł do 1400 zł brutto miesięcznie. Jednak nie ma osób, które chciałyby podjąć tę pracę.</em></p>
<p><em><strong>Henryk Michałowicz</strong><br />
Pracodawcy mają coraz częściej kłopoty z pozyskaniem pracowników. I to zarówno wykwalifikowanych, jak i niewykwalifikowanych. Agencje pracy tymczasowej są dobrym barometrem zjawisk zachodzących na rynku pracy. Wskazują one na deficyt spawaczy, ślusarzy, elektryków, mechaników, kierowców samochodów ciężarowych, operatorów wózków widłowych. Agencje skarżą się też na brak pracowników nieposiadających żadnych kwalifikacji.</em></p>
<p><strong><em>Czy otwierać się na Wschód?</em></strong></p>
<p><em><strong>Maciej Eckardt</strong><br />
W Polsce problemem staje się znalezienie pracowników wykonujących proste prace. Mamy szansę nadrobienia dystansu do Zachodu, ale nie ma pracowników. Jeśli chcemy, aby wzrost gospodarczy się utrzymywał, a firmy realizowały kontrakty, musimy szerzej otworzyć się na pracowników ze Wschodu, głównie Ukraińców. Proponujemy np. uproszczenie procedury wydawania obcokrajowcom zezwoleń na pracę.</em></p>
<p><em><strong>Mirosław Bieniecki</strong><br />
Według badań CBOS, co 4 pracownik wskazuje, że jego pracodawca chciał zwiększyć zatrudnienie, ale nie mógł, bo nie był w stanie znalezć pracownika. Większość Polaków uważa też, że obcokrajowcy powinni zostać dopuszczeni do polskiego rynku pracy.<br />
Jego otwarcie na kraje starej Unii oraz Rumunię i Bułgarię to tylko półśrodek. Tak naprawdę szansą dla nas jest otwarcie na Ukrainę. Obecnie w Polsce pracuje od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy Ukraińców, a liczba wydanych dla nich zezwoleń na pracę wynosi 3 tys. Większość pracuje nielegalnie. Jeśli ułatwilibyśmy uzyskiwanie przez nich pozwoleń na pracę, przynajmniej część zalegalizowałaby swoją pracę. Dlatego pozytywnie oceniam niedawną decyzję resortu pracy o wprowadzeniu ułatwień dla zatrudniania obcokrajowców w rolnictwie, mimo że została podjęta za pózno, bo pod koniec sezonu rolnego. Problem polega jednak na tym, że Ukraińcy nie są zainteresowani podejmowaniem legalnej pracy. Dlatego same ułatwienia nie wystarczą. Musimy też obniżać koszty pracy.</em></p>
<p><em><strong>Janusz Grzyb</strong><br />
Obecne przepisy rzeczywiście utrudniają zatrudnianie cudzoziemców. Dlatego chcemy to zmienić. Zamierzamy zdecydowanie obniżyć opłaty pracodawców za ich zatrudnianie. Dziś płacą oni 900 zł za zezwolenie. Chcemy, aby opłata wynosiła 100 zł lub 50 zł. Mamy też zamiar uprościć przepisy o wydawaniu zezwoleń na pracę po to, aby nie była to droga przez mękę.<br />
Musimy też rozszerzyć możliwość zatrudniania zagranicznych pracowników bez konieczności uzyskiwania zezwoleń na pracę. Ponadto chcemy zmienić procedury wydawania wiz z prawem do pracy. Taką wizę można wydać w konsulacie, jeśli pracodawca polski przedstawi dokumenty, które potwierdzą zamiar zatrudnienia cudzoziemca. Chcemy to uprościć i ułatwić. Zamierzamy także przeprowadzić rozmowy z Ukrainą dotyczące udrożnienia procedur umożliwiajacych zatrudnianie Ukraińców. Stworzymy możliwość rekrutacji tamtejszych pracowników z udziałem instytucji ukraińskich.</em></p>
<p><em><strong>Janusz Zaleski</strong><br />
Nasz związek postulował, aby Ukraińcy pracowali w Polsce na podobnych zasadach jak Polacy w Niemczech. Chodzi o to, aby polska firma mogła wejść na ukraiński rynek jako podwykonawca. W podobny sposób mogłyby działać u nas firmy ukraińskie. W takiej sytuacji polski pracodawca nie musiałby rozmawiać z indywidualnym pracownikiem, ale z ukraińską firmą, która wykonuje jako podwykonawca konkretne zadanie.</em></p>
<p><em><strong>Janusz Grzyb</strong><br />
Zaproponowaliśmy, aby minister gospodarki na najbliższym posiedzeniu polsko-ukraińskiej komisji rządowej do spraw gospodarczych przedstawił propozycję zawarcia umowy o świadczeniu usług, której elementem będzie delegowanie pracowników na podstawie kontraktów między firmami polskimi i ukraińskimi. Pracownicy będą więc zatrudniani na Ukrainie przez tamtejsze firmy i delegowani do pracy w Polsce.</em></p>
<p><strong><em>Jak zwiększyć zatrudnienie?</em></strong></p>
<p><em><strong>Maciej Eckardt</strong><br />
Wysokie składki i podatki powodują, że w Polsce jest duża szara strefa. Jeśli chcemy z nią walczyć, zatrzymać rodaków w kraju i sprawić, aby firmy nie miały problemu z legalnym zatrudnianiem, to musimy wykonać ukłon w stronę przedsiębiorców. Zatrudnienie pracownika nie powinno wiązać się z ogromnymi kosztami &#8211; zarówno finansowymi, jak i formalnoprawnymi.</em></p>
<p><em><strong>Henryk Michałowicz</strong><br />
Nie uda się zmniejszyć szarej strefy zatrudnienia &#8211; zarówno polskich, jak i zagranicznych pracowników &#8211; bez obniżenia pozapłacowych kosztów pracy. Jeżeli tego nie zrobimy, to wielu pracowników nadal będzie wolało pracować na czarno za 1500 zł niż legalnie za 1000 zł. Pracownik otrzymujący legalnie 1000 zł kosztuje jednak pracodawcę około 2000 zł.</em></p>
<p><em><strong>Maciej Eckardt</strong><br />
Trzeba stworzyć klimat otwarcia i liberalizacji przepisów. Mówię to jako osoba, która poświęca wiele czasu na podpisywanie codziennie kilkudziesięciu dokumentów. Przepisy są zbyt skomplikowane, a wiele jest niepotrzebnych. Dlatego pozytywnie oceniam propozycję ministerstwa zmierzającą do uproszczenia wydawania zezwoleń na pracę cudzoziemców.</em></p>
<p><em><strong>Jan Klimek</strong><br />
Trzeba też pamiętać o edukacji zawodowej. Dzisiaj kształcimy w sposób, który ma niewiele wspólnego z potrzebami rynku. W branży rzemieślniczej najwięcej kształci się fryzjerów, a niewielu budowlańców. Konieczne jest planowanie zapotrzebowania na fachowców. Ważne jest, aby pracownicy kształcili się ustawicznie. Niewielu ludzi w Polsce stale się dokształca, nie wspominając już o przekwalifikowaniu. Od elastyczności pracownika zależy jego los na rynku pracy. Plan resortu pracy dotyczący uproszczeń w zatrudnianiu pracowników to krok w dobrym kierunku, ale nie jest lekiem na polskie kłopoty. Pracodawcy oczekują uproszczenia przepisów, obniżenia podatków, a przede wszystkim kosztów zatrudnienia.</em></p>
<p><em><strong>Janusz Zaleski</strong><br />
Będziemy popierać uproszczenia procedur zatrudniania cudzoziemców. Ale nie da się zatrzymać w Polsce fachowców czy przyjmować nowych ludzi do pracy bez podniesienia wynagrodzeń. Średnia płaca w budownictwie, która ostatnio rośnie w tempie 12 proc. rocznie, wynosi 1900 zł miesięcznie, a w krajach Unii 15 euro na godzinę. Trzeba pamiętać, że przedsiębiorstwa nie mogą w nieskończoność podnosić płac. Dlatego konieczne jest ograniczenie pozapłacowych kosztów pracy.</em></p>
<p><em><strong>Maciej Eckardt</strong><br />
Krokiem w dobrym kierunku jest uproszczenie procedur. Ale nie ma innego lekarstwa niż obniżenie kosztów pracy. Możemy zachęcić Ukraińców do przyjazdu do Polski, ale jest pytanie, czy będą woleli pracować legalnie za 1000 zł czy raczej nielegalnie za 1500 zł. Jeśli nie obniżymy narzutów nakładanych na pracę, będą kłopoty zarówno z szarą strefą, jak i fachowcami.</em></p>
<p><em><strong>Mirosław Bieniecki</strong><br />
Także z naszych badań i doświadczeń wynika, że konieczne są uproszczenia proceduralne w zatrudnianiu cudzoziemców, ale także niezbędne są działania systemowe zmierzające &#8211; przede wszystkim do obniżenia kosztów pracy. Odnosi się to zarówno do zatrudniania cudzoziemców, jak i całej sytuacji na polskim rynku pracy.</em></p>
<p><strong><em>Dyskusję prowadzili Bartosz Marczuk, Katarzyna Żaczkiewicz-Zborska</em></strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.eckardt.pl/panel-w-gazecie-prawnej.html/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Zmarł Milton Friedman</title>
		<link>http://www.eckardt.pl/zmarl-milton-friedman.html</link>
		<comments>http://www.eckardt.pl/zmarl-milton-friedman.html#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 16 Nov 2006 16:18:07 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Maciej Eckardt</dc:creator>
				<category><![CDATA[Gospodarka]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://test.w.bydgoszcz.pl/2006/11/16/zmarl-milton-friedman/</guid>
		<description><![CDATA[Nie żyje Milton Friedman, znany ekonomista, laureat nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii z 1976 roku. Furorę zrobiły wówczas jego nowatorskie analizy z zakresu konsumpcji. Był bezkompromisowym zwolennikiem wolnego rynku, opowiadającym się za jak najmniejszym udziałem państwa w gospodarce. Zaliczany jest do czołowych twórców tzw. chicagowskiej szkoły ekonomii. Był jednym z doradców ekonomicznych prezydenta Ronalda Reagana [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Nie żyje Milton Friedman, znany ekonomista, laureat nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii z 1976 roku. Furorę zrobiły wówczas jego nowatorskie analizy z zakresu konsumpcji. Był bezkompromisowym zwolennikiem wolnego rynku, opowiadającym się za jak najmniejszym udziałem państwa w gospodarce. Zaliczany jest do czołowych twórców tzw. chicagowskiej szkoły ekonomii. Był jednym z doradców ekonomicznych prezydenta Ronalda Reagana i w sposób znaczący wpłynął na jego myślenie o gospodarce. Hołubiony przez środowiska &#8222;wolnościowe&#8221; na całym świecie. Ceniony był za barwny język, celne riposty i siłę argumentów.<br />
W Polsce ukazała się się jego książka &#8222;Wolny wybór&#8221;, którą napisał wspólnie z żoną Rosy. Zmarł w wieku 94 lat.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.eckardt.pl/zmarl-milton-friedman.html/feed</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

